piątek, 1 kwietnia 2016

OLEJ LORENZA

Gdy my lub ktoś nam bliski, stajemy się przewlekle, nieuleczalnie chorzy, mamy prawo walczyć o swoje zdrowie wszelkimi metodami, które wydają nam się sensowne. Może się zdarzyć, że robimy rzeczy, których lekarze nam nie zalecą. Z moich szpitalnych doświadczeń wynika......ah, no tak...... długo by pisać co wynika z moich szpitalnych doświadczeń.....
Natomiast wracając do głównego wątku tego posta to jest taki film, oparty na faktach, pt. Olej Lorenza (ang. Lorenzo's Oil).  Opoowiada o życiu szczęśliwej amerykańskiej rodziny, w której nagle pojawia się ciężka, rzadka i śmiertelna choroba, na którą nie ma lekarstwa. Zapada na nią ich synek. Lekarze nie pozostawiają złudzeń.... I wówczas rodzice zaczynają szukać wszelkich informacji o tej chorobie, o jej istocie, o całym układzie nerwowym. I mimo, że żadne z nich nie jest lekarzem, poświęcają się z wielką determinacją własnym próbom odkrycia jakiegoś leku. I mimo, że wiadomo, że dla swojego dziecka niewiele mogą już zrobić, to pracują dalej...
W filmie rolę matki świetnie odgrywa Susan Sarandon, która otrzymała za nią nominację do Oscara.



Ludzie z firm farmaceutycznych, lekarze, a przede wszystkim urzędnicy państwowi - wszyscy oni powinni chociaż na chwilę zastanowić się, co czuje rodzina chorego, gdy czyta w prasie o nowym, testowanym dopiero, ale dającym jakąkolwiek nadzieję, leku na beznadziejną chorobę....
Sama tego doświadczam..... Ma się takie poczucie, jakby się wiedziało, że skarb został już odnaleziony, ale jest tak dobrze strzeżony, że z góry wiadomo, że dla nas pozostanie niedostępny.....
Ojciec Lorenza powiedział o swoim wynalazku: "Uczeni traktowali prace nad lekiem na tę rzadką chorobę jako drogę do zdobycia Nobla - za 20, 30 lat. Ja nie miałem tyle czasu. Nie mogłem patrzeć, jak mój syn umiera".
Czy tak trudno jest zrozumieć, że dla nieuleczalnie chorego człowieka oraz jego rodziny liczy się każda minuta. Zatem informacja, że lek będzie dostępny u nas "już niedługo, za jakieś 3, 4 lata" po prostu ścina z nóg.... nie wiadomo co powiedzieć..... po prostu siąść i płakać..... 
Nigdy nie zrozumiem, co mają w głowach i w sercach urzędnicy państwowi oraz szefowie firm farmaceutycznych, że nie umieją choć przez chwilę, w pewnych szczególnych, ciężkich przypadkach, postawić się w sytuacji chorego, któremu jest już wszystko obojętne oprócz tego, żeby dostać TO lekarstwo. I żeby dostać je już, teraz, za godzinę, a najpóźniej jutro..... Takich chorych nie obchodzą skutki uboczne leku, ewentualne ryzyko chętnie wezmą na siebie, byle tylko móc jak najszybciej dostać nowy lek. Ludzie w takich przypadkach i tak nie mają nic do stracenia, więc czemu nie dać im cienia szansy??? Nie stworzyć procedur na wyjątkowe sytuacje, kiedy naprawdę nie można już czekać.... Albo czekanie wykańcza tak bardzo fizycznie i psychicznie, że jest w nieporównywalnie większym stopniu szkodliwe, niż lek w III, lub nawet w niektórych przypadkach, II fazie testów. Z jakich powodów żałować leku takim ludziom, zdesperowanym, chcącym podjąć to ryzyko ???
Przecież to na pierwszy rzut oka jest zwyczajnie nieetyczne.... 
I jeszcze jeden całkowicie niezrozumiały dla mnie fakt: dlaczego leki dopuszczone do użycia w krajach rozwiniętych, takich jak np. USA czy Europa Zachodnia, są w Polsce dostępne z kilkuletnim opóźnieniem??? Czy nasi urzędnicy oraz lekarze są tak zadufani w sobie, że nie dowierzają zachodniej nauce i uważają, że co.... przepraszam...zbadają ten lek sami i dopiero wtedy... nieee no wolne żarty... przecież polska medycyna jest pod każdym względem zapóźniona..... I to również jest moim zdaniem nieetyczne i nieludzkie. I na dodatek to skandal, że nawet nikt nie próbuje tego zmienić..... nikt nie próbuje zawalczyć o rzecz tak ważną. Bo co jest ważniejszego niż ludzkie życie i zdrowie??? I gdzie w tym wszystkim jest głos tych, którzy uważają się za absolutne autorytety etyczne i mają tak wiele do powiedzenia w innych kwestiach, dotyczących medycyny.... 
Film "Olej Lorenza" daje do myślenia, przynajmniej tym, którzy mają odrobinę mądrości i współczucia. Jeśli nie widzieliście tego filmu, serdecznie polecam, w końcu nadchodzi weekend. Nie jest to wesoła historia, samo życie... Ale obejrzyjcie go do końca i przygotujcie chusteczki....

I żeby nie było już tak całkiem samsarycznie, to wielcy Boddhisatwowie nie zawsze odradzają się jako mistrzowie buddyjscy. W różnych czasach i miejscach, kiedy karma żyjących istot na to pozwala, mogą oni pojawiać się jako ludzie, którzy robią dla innych coś ważnego, odkrywczego, wspaniałego, niesamowitego. I w ten sposób pomagają wielu istotom.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz