piątek, 22 kwietnia 2016

BARDZO ALE TO BARDZO PRYWATNE WYZNANIE

Do takich rzeczy jak ta, którą opiszę poniżej ciężko jest się przyznać. O takich rzeczach mówi się najczęściej jedynie bliskim przyjaciołom, więc jeśli ktoś nie czuje się jakoś bardzo ze mną związany, to może niech nie czyta tego posta.... W każdym razie opisuję tu swoje takie małe i w gruncie rzeczy niezbyt oczarowujące mądrością, chyba po prostu nawet trochę głupie, marzenie. Bo wiem bardzo dobrze, jakie działania (a marzenia to są działania za pomocą umysłu) powinno się wykonywać. Takie," które przynoszą jak największy pożytek, na jak najdłuższą metę, jak największej liczbie istot". Nawet teraz, chorując, staram się o tym nie zapominać, co o tyle jest proste, że inne działania nie dają mi, potrzebnego jak powietrze, poczucia, że moje życie ma jakiś sens. Zawsze, a były takie 4 momenty w moim życiu, gdy było ze mną naprawdę bardzo źle i robiłam taki rozrachunek z życiem,  jaki chyba wszyscy robimy na koniec. I wtedy "bezlitośnie" zawsze mam ten sam wynik. Tylko te działania w moim życiu, które, według mnie przynoszą jak największy pożytek, na jak najdłuższą metę,  jak największej liczbie istot, są ważne. Cała reszta życia, co widzi się nagle z dużym zdziwieniem, nie ma dla mnie wartości. Miłości, rozstania, dramaty, chwile szczęścia - to wszystko staje się zdumiewająco nieistniejące. Tylko, ale to absolutnie tylko to się liczy, co zrobiliśmy dla innych. Moja choroba dlatego jest dla mnie taka straszna, że niemal nie pozwala wykonywać takich działań. Niemal każdy dzień jest ciężki, każdy dzień jest walką o przetrwanie. Walką z czasem żeby dożyć do momentu, gdy dostanę w końcu TEN LEK, pierwszy wynaleziony na moją chorobę, dający nadzieję na powrót do normalnego życia. Niby jest już w zasięgu ręki - w 2017 będą go produkować w USA, to już pewne - ale nie mieszkamy, niestety, w USA....
I chcę opowiedzieć Wam teraz o swoim samsarycznym marzeniu, nie jakimś wielkim, ale takim, które samą mnie zdumiało, że może pojawić się w mojej głowie. Wynika ono prawdopodobnie z całkowitego wydrenowania, po latach cierpienia, z dobrych wrażeń. Tego rodzaju wrażeń, które należą do kategorii "cieszymy się życiem" i czerpiemy przyjemność z tego, że żyjemy. Mimo mojej, dość radykalnej postawy, o której wyżej napisałam, to wiem z całą pewnością, że są to rzeczy bardzo, bardzo ważne. W końcu chodzi nie tylko o absolutne szczęście, ale o relatywne też. I z tym drugim u mnie jakoś tak wyszło, że w tym życiu jest kruchutko.... I człowiek się do tego przyzwyczaja po prostu. I w pewnym momencie już nie chodzi o to, żeby było lepiej... Chodzi tylko o to, żeby nie było gorzej.
A zatem mam jedno, trochę bezsensowne, niemal całkowicie nieważne, dość egoistyczne, ale mam, takie oto marzenie, które właśnie teraz Wam opiszę.....
Otóż któregoś zimowego dnia, po całej tej traumie, którą przeszłam pod koniec 2015 roku, postanowiłam sobie, że chcę być na stare lata ładna. Zabawne, co? Ale teraz to szerokim łukiem omijam wszystkie lustra, bo jestem totalnym wzrokowcem i wszelka brzydota na pewno nie jest dla mnie źródłem dobrych wrażeń. Do tego jak ma się jakieś tam poczucie estetyki, a ja z pewnością je mam i to w bardzo ortodoksyjnym wydaniu, jedyna sensowna opcja w takim przypadku to Hinajana - czyli omijanie luster. I pomyślałam sobie wtedy, w ten zimowy dzień, okropny i trudny, że nawet jak już nigdy z nikim się nie spotkam, nie będę już wcale wychodzić do ludzi, zapraszać gości i nie będę nikogo widywać, to chcę na stare lata być, w granicach rozsądku i możliwości oczywiście, ale ładna. I postanowiłam zrobić ze swoją buzią te wszystkie, czy raczej może niektóre, rzeczy, które wszystkie dziewczyny już od dawna robią, robiły lub będą robiły, bo takie nadeszły czasy i możliwości. Więc popatrzyłam w lustro i zobaczyłam osobę o kilka lat starszą niż jestem. 30 lat chorowania niszczy ciało. Więc patrząc w to lustro zastanowiłam się co po kolei powinnam ze sobą zrobić, żeby za chwilę nie wyglądać jak moja 100-letnia babcia tuż przed śmiercią. Żeby przynajmniej nie odstraszać swoim wyglądem samej siebie....
Ale jeśli człowiek jest naprawdę ciężko chory to mu obojętne jak wygląda. Więc od wielu lat nie używam kosmetyków, nie bywam w salonach piękności, z powodu choroby straciłam większość zębów i jeszcze wiele będę musiała mieć wyrwanych. I pomyślałam sobie stojąc przed tym lustrem: zęby first.  Podczas wizyty u mojego dentysty oświadczyłam mu, że chcę mieć śnieżnobiałe zęby, tak białe, że aż nienaturalne. Zresztą co tu udawać naturalnych już prawie nie mam, więc dość szybko jak na mój wiek będę miała sztuczną szczene, nie żadne implanty oczywiście, bo na to nigdy nie będzie mnie stać, ale taką zwykłą przyklejaną szczęke :)))) Dentysta zapytał, ale po co to pani, nie lepiej mieć naturalny kolor szczęki? Więc mu na to odpowiedziałam, że jest mi to po to bo tak chcę. Chcę mieć coś ładnego, z czego, patrząc w lustro, będę mogła wycisnąć trochę dobrych wrażeń.
Więc postanowiłam że chcę mieć takie właśnie zęby. Chcę mieć też większe usta i odrobinę zmienić skórę wokół oczu, żeby nie były takie zapadnięte w workach. Zrobię sobie permanentny makijaż, chociaż nigdy przenigdy się wcześniej nie malowałam, oraz sztuczne rzęsy, które, chłopcy o tym nie wiedzą, ale doklejone ma je wiele dziewczyn, na czele z moją 73-letnią mamą zresztą:)))) no i laser, żeby ta moja skóra jakoś wyglądała. Bo teraz to wyglądam raczej na nieboszczyka. No i mam też wielki brzydki nos, ale pomyślałam sobie, że już nie będę przesadzać, bo i tak przecież niedługo umrę. Szkoda kasy, której zresztą na tą całą procedurę i tak na razie nie mam. I w ogóle nie wiadomo czy kiedyś będę miała. I w ogóle nie wiadomo czy to wszystko zrobię, bo tak naprawdę to mam słabą motywację do dbania o siebie. Więc może mi za chwilę przejść ochota na cały ten wysiłek, którego taka rewolucja by wymagała. Mogę też już nie mieć na to siły po prostu.... no ale jak zwykle: Let's trust the Space.
W naszym pensjonacie w Kryni wiszą zdjęcia różnych sławnych osób. Najwięcej jest Einsteina, na każdym kroku. Bo On jest moim idolem, uwielbiam Go pod każdym względem. Pewien Niemiec, który u nas nocował był szczerze przekonany, że w naszym domu Albert Einstein kiedyś mieszkał :)  Jest wiele zdjęć różnych lubianych lub podziwianych przeze mnie ludzi albo symbolicznych dla moich poglądów na życie, miejsc. Są też zdjęcia trzech aktorek: Audrey Hepburn, Angeliny Jolie oraz Cate Blanchett i bardzo wielu mieszkających u nas turystów pytało mojej mamy, wskazując na Cate Blanchett:"Czy to zdjęcie pani córki?" (Mnie z kolei zawsze pytali, patrząc na Lamę Ole, czy to zdjęcie mojego taty:)) I wtedy przed tym lustrem pomyślałam sobie, do kogo chciałabym być podobna. I wtedy przypomniałam sobie o tej historii z Cate Blanchett, że może coś w tym jest, że ludzie uważają ją za córkę mojej mamy, czyli musimy być trochę jak siostry. Cate Blanchett jest od lat jedną z moich ulubionych aktorek, zresztą inaczej przecież jej zdjęcia bym w pensjonacie nie zawiesiła. I pomyślałam sobie że na stare lata chcę wyglądać tak jak ona. Obejrzałam wiele jej zdjęć i pomyślałam sobie wtedy po raz pierwszy w życiu, że chyba faktycznie jestem odrobinę do niej podobna. Jesteśmy też obie niemal w tym samym wieku. No i pewnej zimowej nocy, kiedy nie mogłam spać, tak jak i teraz zresztą, pościągałam sobie jej fotki na kompa. Potem powybierałam z fb jakieś swoje fotki, bo ja naprawdę to mam mało swoich zdjęć, bo nie lubię być fotografowana. No ale kilka mam chcąc nie chcąc. I zaczęłam się zabawiać w graficzkę. Zresztą to przecież moje pierwsze studia :) taki powrót do przeszłości. Więc zabawiając się tymi fotkami, nakładając je na siebie uznałam, że jest to możliwe, żebym do niej stała się chociaż odrobinę podobna. Tylko z całą pewnością muszę znaleźć świetnego lekarza który mi nie spartoli twarzy, bo zamiast dobrych wrażeń będą znowu jedynie, tak świetnie mi znane, oczyszczenia. Poniżej przedstawiam wam efekt mojego kilkugodzinnego wysiłku, czyli na zdjęcie mojej twarzy jest położone, podobne z wyrazu, zdjęcie jej twarzy, tylko bardzo jasno, żeby jednak było widać że ja to ja.Więc taki mix sobie na stare lata wymyśliłam zafundować. Jaki wyszedł efekt mojej zabawy, sami zobaczcie. Obiecuję jednak, że będziecie mnie poznawać, aż tak bardzo się nie zmienię. Po prostu trochę o siebie zadbam, czego nie robiłam od lat i dlatego teraz wyglądam jak wyglądam.














Fajne, prawda ??? :))) I fajna była zabawa :)))
Są takie rzeczy w życiu człowieka, do których nikomu nie daje się dostępu. Czego się ludzie boją, że nie są w stanie o niektórych rzeczach mówić otwarcie? Poniekąd mają czego się bać..... No bo czego się wszyscy tak naprawdę bardzo boimy???    Tylko cierpienia...
Moje doświadczenia z ostatnich 6 miesięcy dały mi w tej kwestii sporo do myślenia. Chcąc nie chcąc, nie mając właściwie wyboru, przyznałam się, przed całym światem, na głos, do wszystkich swoich słabości, najgłębiej chowanych tajemnic, które każdy z nas ma. Na początku ma się poczucie, jakby cię ktoś odzierał z ludzkiej godności....Ale potem przyszła refleksja na temat godności... że godność polega przecież na innych, zupełnie innych wartościach, na posiadaniu mądrości i współczucia, na obdarowywaniu innych szczęściem, na dobrym sercu i nieustraszoności w sytuacjach kiedy trzeba być nieustraszonym. Więc zrozumiałam w pewnym momencie, że nic mi nie grozi z tego powodu, że, jeśli ktoś tak bardzo chce usłyszeć o moich słabościach, czy śmiesznostkach to proszę bardzo. Oczywiście niektórzy ludzie mogą to wyśmiać, proszę bardzo, odrobina śmiechu w tym smutnym świecie nie zaszkodzi.... Więc czym tu się przejmować. Zresztą zranione może być tylko ego. Nauki Buddy mówią, że nim nie osiągniemy wyzwolenia, jesteśmy zależni od tak zwanych 8 światowych dharm. Są to pary przeciwieństw: pochwała i nagana, sława i zniesławienie, ból i przyjemność, zysk i strata. I to nas trzyma za gardło. Uznałam więc, że tym postem mogę skopać porządnie swoje ego oraz przyłożyć uzależnieniu od 8 światowych dharm jednocześnie. I w tym kontekście przypomniała mi się pewna historia. Kilka lat temu byłam na gościnnym wykładzie Pani Profesor Ewy Łętowskiej. Niesamowita kobieta. Była pierwszym w wolnej  Polsce rzecznikiem praw obywatelskich. Pełniła też liczne funkcje w instytucjach naukowych. Wykład był doskonały, oparty całkowicie na, tak zawsze ważnym, doświadczeniu życiowym, całkowicie prawdziwy, naturalny i co najistotniejsze jest dla mnie, bardzo bliski życiu. I opowiedziała ona taką oto historię. Robiła kiedyś jakąś publiczną prelekcję na dużej wypełnionej ludźmi po brzegi, sali. Profesor Łętowska jest bardzo, bardzo mądra. No i pewnie przez to ma na pieńku z tą częścią kościoła katolickiego, który uważa, że kobiety są stworzone wyłącznie do rodzenia dzieci, gotowania, siedzenia w domu, no i odbywania tak ważnej coniedzielnej wycieczki do..... wiadomo dokąd. Więc Profesor Łętowska przedstawiała swoje poglądy, bo też po to przecież była zaproszona. Ale wśród słuchaczy takich wykładów najczęściej jest ktoś, kto przyszedł tylko po to by obrażono jego uczucia religijne... I w pewnym momencie, w czasie wykładu, w połowie jej zdania wstał ksiądz i na całą salę się wydarł: "Niech pani lepiej powie ile razy usuwała pani ciążę..." A Profesor mu na to bardzo spokojnie: "nie ma problemu, powiem, ale pod warunkiem, że najpierw ksiądz się przyzna ile razy walił konia..."
Chyba dzisiaj przynudzam...... a to jeszcze nie koniec :))))
Na koniec jak zwykle coś niesamsarycznego.....
Kiedyś jechaliśmy z Lamą Ole pociągiem przez Syberię. Lama jak zwykle cały czas pracował, ale najczęściej przy otwartych drzwiach przedziału, więc czasem chętni mogli z nim bardzo blisko, bliziutko, "w przyjemnej odległości" przed sobą, pobyć. Oczywiście korzystaliśmy z tej okazji ile się dało... I pewnego razu przyszła do Lamy na rozmowę znana wtedy bardzo dobrze w rosyjskiej sandze, para. Był to ówczesny tłumacz Lamy Ole ze swoją kolejną narzeczoną. I okazało się, że dziewczyna, co oczywiście wszyscy od razu widzieliśmy, ma na jednym z policzków ohydną wielką narośl. Lekarze trochę bali się jej to usunąć, więc przyszła do Lamy i zapytała: "co jest ważniejsze: uroda, czy nieryzykowanie zdrowiem". Lama dłuższą chwilę się jej uważnie przyglądał, po czym powiedział: "w twoim przypadku Beauty First"..... Ale proszę Was bardzo, pamiętajcie, że to była rada tylko i jedynie dla tamtej dziewczyny.
I to tyle na dzisiaj. Poza tym chciałam jeszcze powiedzieć, że bardzo ale to bardzo Was wszystkich lubię.....

10 komentarzy:

  1. kochana, nawet gdybyś była rzekomo najbrzydsza na świecie, to i tak lubiłabym cię tak samo a nawet bardziej, bo jesteś ZAJEBISTĄ KOBITKĄ <3
    a propos lamy ja skolei raz słyszałam, że raczej wolał by być brzydszy a bardziej wolny (mowa była o białorusinach, o których ole kiedyś powiedział, że to najładniejsi ludzie na świecie/europie?)
    trzymaj się mocno!!!
    jak będziesz wyrażać takie życzenia, to może w następnym 'odcinku' będziesz miss świata ;)
    <3 <3 <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za dawkę kobiecej mądrości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za przeczytanie :) pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. kurw... ale zwieszony system. Może za bardzo se wkręcesz z tym pożytkiem dla świata. Tymczasem np. ja a podejrzewam ze nie tylko twojego wciskania pożytku dla ogromnej ilości istot nie potrzebuje. Jedyne co potrzebuję to rozluźnienia i swobodnej wymiany mysli, a nie idiotów na akcji (często tzw. "latających nauczycieli"). Przeraża mnie kim ja się sugerowałem przez te wszystkie lata w sandze. No ale huj, kolejna lekcja. Just fucking be and accept what's happening and that make's you beautifull enough. Pozatym, dzięki za szczerość. To dość nowe ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Janusz odpisałam ci na maila, jeśli nie dostałes, bo tu faktycznie jakaś zamotka, a do tej pory nikt moich postów nie komentował i nie wiem jak to działa :) więc jesli nie znajdziesz w swoich mailach odpowiedzi to podaj mi swojego maila i jeszcze raz ci wyśle. Z uwagi na to, że bardzo cię lubię zależy mi żebyś przeczytał moją odpowiedź i się do niej odniósł jeśli chcesz oczywiście....Usciski i dzięki. Klaudyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Chyba jednak tego maila nie dostałeś, więc niech się już wszystko odbędzie tu, na blogu :) Otóż odnośnie działań, to napisałam dokładnie tak: warto wykonywać takie," które przynoszą jak największy pożytek, na jak najdłuższą metę, jak największej liczbie istot". Powinieneś zauważyć że to jest cytat ponieważ zdanie jest wzięte w cudzysłów. I cytuję tu Lamę Ole. Lama często to powtarza, że w sytuacji, gdy mamy życiowe rozterki i nie potrafimy dokonać wyboru wtedy warto kierować się taką właśnie zasadą. Więc ja się tą zasadą od lat kieruje, gdyż jest ona zgodna z moim poglądem na życie, a poza tym, jak wszystko w buddyzmie, świetnie się sprawdza. Podstawową wartością jest dla mnie to, żeby życie miało sens. Więc ile razy tylko mogę lub potrzebuję, kieruję się naukami Buddy, bo je sprawdziłam na sobie i stąd wiem jak bardzo są skuteczne. A szczerość, no cóż...to temat rzeka. Ostatnio na facebooku krążył taki obrazek: pani siedzi na przeciwko pana ponieważ przyszła na rozmowę w sprawie pracy. I pan pyta. "A jaka jest Pani największa wada?" odpowiedź: "jestem szczera". Pan na to: "Ależ proszę Pani, jak to? Ja uważam, że szczerość to zaleta a nie wada." I tu Pani odpowiada: "Gówno mnie obchodzi co Pan uważa." Więc szczerość to jak widać może być potężne narzędzie do ranienia ludzi. Poza tym ze szczerością awrto uważać również dlatego, że czasem "szczerze" nam się coś wydaje lub nawet jesteśmy tego pewni. Ale za tą naszą "szczerą" oceną ludzi lub jakiegoś zjawiska stoi bardzo często i najczęściej całkiem spora ilość przeszkadzających emocji. Więc taką "szczerością" nie mam potrzeby dzielić się za światem. Natomiast jest takie słowo jak "otwartość" i ono jest chyba w tej sytuacji właściwsze, choć oczywiście otwartość jest rodzajem szczerości, ale dotyczy ona mówienia o sobie. Więc jeśli nawet stoją za tym szalejące gromady przeszkadzających uczuć, to w takiej sytuacji zranić możemy tylko i wyłącznie samych siebie. I, z uwagi na to niebezpieczeństwo, bo przecież nikt nie lubi kiepsko się czuć, każdy dokonuje wyboru, co chce powiedzieć o sobie przyjaciołom, bliskim i dalekim znajomym. Ale dzięki za inspirację, bo podsunąłeś mi temat na kolejnego posta :)))
      Serdecznie pozdrawiam i dzięki za komentarz!!!

      Usuń