niedziela, 24 kwietnia 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

thank You thank You thank You thank You

There are 2 important Letters one from 16-th and one from 17-th Karmapa which I want You to know.

A letter of the 17th Karmapa. I know it works like that for You and this is the way You act.


And this is the letter from 16-th Karmapa. 

It means that Karmapa likes Gdańsk not only in this life, but also in his previous life.


Dharma People live in the Gdańsk Center are among the best and closest students of Lama Ole. There is such a deep and big Friendship here, really incredable and so strong, that nobody's ignorance and nobody's power can destroy it. We know that this is most important vaule for the Lama and to us: "Friendship, friendship, friendship. This is the way of success in our Diamond Way Buddhist centers. Always talk to each other, not about each other." And this is exactly what happens there and the way Sanga People act. That's why the Transmission of our so precious Diamond Way is present here in every square inch of this incredable place. My heart is always there. Always was and Always will be.

And You know why I write all this to You.... Because "how it really is knows only You and only me, and All the Buddas" (Lama Czeczu Rinpocze)

sobota, 23 kwietnia 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

"How was I ever be able to live alone, my little everything? Without you I have no self confidence, no passion for work, and no enjoyment of life - in short, without you my life is a void." Albert Einstein


"Arrows of hate have been aimed at me too, but they have never hit me, because somehow they belong to another world with which I have no connection whatsoever" Albert Einstain in 1933

"The state of mind which enables a man to work of this kind is akin to that of the religous worshipper or the lover, the daily efford comes from no deliberate intention or programme, but straight from the heart." Albert Einstein



Everything what is best, meaningful and important in this Universe comes from the heart. And I am very much conscious that it is not easy to achieve this. But because of this fakt, through so amazing and rare inspiration of people like You, it is possible for me to keep my mind, for just a tiny moments, in the state of oneness every time when I strongly think about you.

piątek, 22 kwietnia 2016

BARDZO ALE TO BARDZO PRYWATNE WYZNANIE

Do takich rzeczy jak ta, którą opiszę poniżej ciężko jest się przyznać. O takich rzeczach mówi się najczęściej jedynie bliskim przyjaciołom, więc jeśli ktoś nie czuje się jakoś bardzo ze mną związany, to może niech nie czyta tego posta.... W każdym razie opisuję tu swoje takie małe i w gruncie rzeczy niezbyt oczarowujące mądrością, chyba po prostu nawet trochę głupie, marzenie. Bo wiem bardzo dobrze, jakie działania (a marzenia to są działania za pomocą umysłu) powinno się wykonywać. Takie," które przynoszą jak największy pożytek, na jak najdłuższą metę, jak największej liczbie istot". Nawet teraz, chorując, staram się o tym nie zapominać, co o tyle jest proste, że inne działania nie dają mi, potrzebnego jak powietrze, poczucia, że moje życie ma jakiś sens. Zawsze, a były takie 4 momenty w moim życiu, gdy było ze mną naprawdę bardzo źle i robiłam taki rozrachunek z życiem,  jaki chyba wszyscy robimy na koniec. I wtedy "bezlitośnie" zawsze mam ten sam wynik. Tylko te działania w moim życiu, które, według mnie przynoszą jak największy pożytek, na jak najdłuższą metę,  jak największej liczbie istot, są ważne. Cała reszta życia, co widzi się nagle z dużym zdziwieniem, nie ma dla mnie wartości. Miłości, rozstania, dramaty, chwile szczęścia - to wszystko staje się zdumiewająco nieistniejące. Tylko, ale to absolutnie tylko to się liczy, co zrobiliśmy dla innych. Moja choroba dlatego jest dla mnie taka straszna, że niemal nie pozwala wykonywać takich działań. Niemal każdy dzień jest ciężki, każdy dzień jest walką o przetrwanie. Walką z czasem żeby dożyć do momentu, gdy dostanę w końcu TEN LEK, pierwszy wynaleziony na moją chorobę, dający nadzieję na powrót do normalnego życia. Niby jest już w zasięgu ręki - w 2017 będą go produkować w USA, to już pewne - ale nie mieszkamy, niestety, w USA....
I chcę opowiedzieć Wam teraz o swoim samsarycznym marzeniu, nie jakimś wielkim, ale takim, które samą mnie zdumiało, że może pojawić się w mojej głowie. Wynika ono prawdopodobnie z całkowitego wydrenowania, po latach cierpienia, z dobrych wrażeń. Tego rodzaju wrażeń, które należą do kategorii "cieszymy się życiem" i czerpiemy przyjemność z tego, że żyjemy. Mimo mojej, dość radykalnej postawy, o której wyżej napisałam, to wiem z całą pewnością, że są to rzeczy bardzo, bardzo ważne. W końcu chodzi nie tylko o absolutne szczęście, ale o relatywne też. I z tym drugim u mnie jakoś tak wyszło, że w tym życiu jest kruchutko.... I człowiek się do tego przyzwyczaja po prostu. I w pewnym momencie już nie chodzi o to, żeby było lepiej... Chodzi tylko o to, żeby nie było gorzej.
A zatem mam jedno, trochę bezsensowne, niemal całkowicie nieważne, dość egoistyczne, ale mam, takie oto marzenie, które właśnie teraz Wam opiszę.....
Otóż któregoś zimowego dnia, po całej tej traumie, którą przeszłam pod koniec 2015 roku, postanowiłam sobie, że chcę być na stare lata ładna. Zabawne, co? Ale teraz to szerokim łukiem omijam wszystkie lustra, bo jestem totalnym wzrokowcem i wszelka brzydota na pewno nie jest dla mnie źródłem dobrych wrażeń. Do tego jak ma się jakieś tam poczucie estetyki, a ja z pewnością je mam i to w bardzo ortodoksyjnym wydaniu, jedyna sensowna opcja w takim przypadku to Hinajana - czyli omijanie luster. I pomyślałam sobie wtedy, w ten zimowy dzień, okropny i trudny, że nawet jak już nigdy z nikim się nie spotkam, nie będę już wcale wychodzić do ludzi, zapraszać gości i nie będę nikogo widywać, to chcę na stare lata być, w granicach rozsądku i możliwości oczywiście, ale ładna. I postanowiłam zrobić ze swoją buzią te wszystkie, czy raczej może niektóre, rzeczy, które wszystkie dziewczyny już od dawna robią, robiły lub będą robiły, bo takie nadeszły czasy i możliwości. Więc popatrzyłam w lustro i zobaczyłam osobę o kilka lat starszą niż jestem. 30 lat chorowania niszczy ciało. Więc patrząc w to lustro zastanowiłam się co po kolei powinnam ze sobą zrobić, żeby za chwilę nie wyglądać jak moja 100-letnia babcia tuż przed śmiercią. Żeby przynajmniej nie odstraszać swoim wyglądem samej siebie....
Ale jeśli człowiek jest naprawdę ciężko chory to mu obojętne jak wygląda. Więc od wielu lat nie używam kosmetyków, nie bywam w salonach piękności, z powodu choroby straciłam większość zębów i jeszcze wiele będę musiała mieć wyrwanych. I pomyślałam sobie stojąc przed tym lustrem: zęby first.  Podczas wizyty u mojego dentysty oświadczyłam mu, że chcę mieć śnieżnobiałe zęby, tak białe, że aż nienaturalne. Zresztą co tu udawać naturalnych już prawie nie mam, więc dość szybko jak na mój wiek będę miała sztuczną szczene, nie żadne implanty oczywiście, bo na to nigdy nie będzie mnie stać, ale taką zwykłą przyklejaną szczęke :)))) Dentysta zapytał, ale po co to pani, nie lepiej mieć naturalny kolor szczęki? Więc mu na to odpowiedziałam, że jest mi to po to bo tak chcę. Chcę mieć coś ładnego, z czego, patrząc w lustro, będę mogła wycisnąć trochę dobrych wrażeń.
Więc postanowiłam że chcę mieć takie właśnie zęby. Chcę mieć też większe usta i odrobinę zmienić skórę wokół oczu, żeby nie były takie zapadnięte w workach. Zrobię sobie permanentny makijaż, chociaż nigdy przenigdy się wcześniej nie malowałam, oraz sztuczne rzęsy, które, chłopcy o tym nie wiedzą, ale doklejone ma je wiele dziewczyn, na czele z moją 73-letnią mamą zresztą:)))) no i laser, żeby ta moja skóra jakoś wyglądała. Bo teraz to wyglądam raczej na nieboszczyka. No i mam też wielki brzydki nos, ale pomyślałam sobie, że już nie będę przesadzać, bo i tak przecież niedługo umrę. Szkoda kasy, której zresztą na tą całą procedurę i tak na razie nie mam. I w ogóle nie wiadomo czy kiedyś będę miała. I w ogóle nie wiadomo czy to wszystko zrobię, bo tak naprawdę to mam słabą motywację do dbania o siebie. Więc może mi za chwilę przejść ochota na cały ten wysiłek, którego taka rewolucja by wymagała. Mogę też już nie mieć na to siły po prostu.... no ale jak zwykle: Let's trust the Space.
W naszym pensjonacie w Kryni wiszą zdjęcia różnych sławnych osób. Najwięcej jest Einsteina, na każdym kroku. Bo On jest moim idolem, uwielbiam Go pod każdym względem. Pewien Niemiec, który u nas nocował był szczerze przekonany, że w naszym domu Albert Einstein kiedyś mieszkał :)  Jest wiele zdjęć różnych lubianych lub podziwianych przeze mnie ludzi albo symbolicznych dla moich poglądów na życie, miejsc. Są też zdjęcia trzech aktorek: Audrey Hepburn, Angeliny Jolie oraz Cate Blanchett i bardzo wielu mieszkających u nas turystów pytało mojej mamy, wskazując na Cate Blanchett:"Czy to zdjęcie pani córki?" (Mnie z kolei zawsze pytali, patrząc na Lamę Ole, czy to zdjęcie mojego taty:)) I wtedy przed tym lustrem pomyślałam sobie, do kogo chciałabym być podobna. I wtedy przypomniałam sobie o tej historii z Cate Blanchett, że może coś w tym jest, że ludzie uważają ją za córkę mojej mamy, czyli musimy być trochę jak siostry. Cate Blanchett jest od lat jedną z moich ulubionych aktorek, zresztą inaczej przecież jej zdjęcia bym w pensjonacie nie zawiesiła. I pomyślałam sobie że na stare lata chcę wyglądać tak jak ona. Obejrzałam wiele jej zdjęć i pomyślałam sobie wtedy po raz pierwszy w życiu, że chyba faktycznie jestem odrobinę do niej podobna. Jesteśmy też obie niemal w tym samym wieku. No i pewnej zimowej nocy, kiedy nie mogłam spać, tak jak i teraz zresztą, pościągałam sobie jej fotki na kompa. Potem powybierałam z fb jakieś swoje fotki, bo ja naprawdę to mam mało swoich zdjęć, bo nie lubię być fotografowana. No ale kilka mam chcąc nie chcąc. I zaczęłam się zabawiać w graficzkę. Zresztą to przecież moje pierwsze studia :) taki powrót do przeszłości. Więc zabawiając się tymi fotkami, nakładając je na siebie uznałam, że jest to możliwe, żebym do niej stała się chociaż odrobinę podobna. Tylko z całą pewnością muszę znaleźć świetnego lekarza który mi nie spartoli twarzy, bo zamiast dobrych wrażeń będą znowu jedynie, tak świetnie mi znane, oczyszczenia. Poniżej przedstawiam wam efekt mojego kilkugodzinnego wysiłku, czyli na zdjęcie mojej twarzy jest położone, podobne z wyrazu, zdjęcie jej twarzy, tylko bardzo jasno, żeby jednak było widać że ja to ja.Więc taki mix sobie na stare lata wymyśliłam zafundować. Jaki wyszedł efekt mojej zabawy, sami zobaczcie. Obiecuję jednak, że będziecie mnie poznawać, aż tak bardzo się nie zmienię. Po prostu trochę o siebie zadbam, czego nie robiłam od lat i dlatego teraz wyglądam jak wyglądam.














Fajne, prawda ??? :))) I fajna była zabawa :)))
Są takie rzeczy w życiu człowieka, do których nikomu nie daje się dostępu. Czego się ludzie boją, że nie są w stanie o niektórych rzeczach mówić otwarcie? Poniekąd mają czego się bać..... No bo czego się wszyscy tak naprawdę bardzo boimy???    Tylko cierpienia...
Moje doświadczenia z ostatnich 6 miesięcy dały mi w tej kwestii sporo do myślenia. Chcąc nie chcąc, nie mając właściwie wyboru, przyznałam się, przed całym światem, na głos, do wszystkich swoich słabości, najgłębiej chowanych tajemnic, które każdy z nas ma. Na początku ma się poczucie, jakby cię ktoś odzierał z ludzkiej godności....Ale potem przyszła refleksja na temat godności... że godność polega przecież na innych, zupełnie innych wartościach, na posiadaniu mądrości i współczucia, na obdarowywaniu innych szczęściem, na dobrym sercu i nieustraszoności w sytuacjach kiedy trzeba być nieustraszonym. Więc zrozumiałam w pewnym momencie, że nic mi nie grozi z tego powodu, że, jeśli ktoś tak bardzo chce usłyszeć o moich słabościach, czy śmiesznostkach to proszę bardzo. Oczywiście niektórzy ludzie mogą to wyśmiać, proszę bardzo, odrobina śmiechu w tym smutnym świecie nie zaszkodzi.... Więc czym tu się przejmować. Zresztą zranione może być tylko ego. Nauki Buddy mówią, że nim nie osiągniemy wyzwolenia, jesteśmy zależni od tak zwanych 8 światowych dharm. Są to pary przeciwieństw: pochwała i nagana, sława i zniesławienie, ból i przyjemność, zysk i strata. I to nas trzyma za gardło. Uznałam więc, że tym postem mogę skopać porządnie swoje ego oraz przyłożyć uzależnieniu od 8 światowych dharm jednocześnie. I w tym kontekście przypomniała mi się pewna historia. Kilka lat temu byłam na gościnnym wykładzie Pani Profesor Ewy Łętowskiej. Niesamowita kobieta. Była pierwszym w wolnej  Polsce rzecznikiem praw obywatelskich. Pełniła też liczne funkcje w instytucjach naukowych. Wykład był doskonały, oparty całkowicie na, tak zawsze ważnym, doświadczeniu życiowym, całkowicie prawdziwy, naturalny i co najistotniejsze jest dla mnie, bardzo bliski życiu. I opowiedziała ona taką oto historię. Robiła kiedyś jakąś publiczną prelekcję na dużej wypełnionej ludźmi po brzegi, sali. Profesor Łętowska jest bardzo, bardzo mądra. No i pewnie przez to ma na pieńku z tą częścią kościoła katolickiego, który uważa, że kobiety są stworzone wyłącznie do rodzenia dzieci, gotowania, siedzenia w domu, no i odbywania tak ważnej coniedzielnej wycieczki do..... wiadomo dokąd. Więc Profesor Łętowska przedstawiała swoje poglądy, bo też po to przecież była zaproszona. Ale wśród słuchaczy takich wykładów najczęściej jest ktoś, kto przyszedł tylko po to by obrażono jego uczucia religijne... I w pewnym momencie, w czasie wykładu, w połowie jej zdania wstał ksiądz i na całą salę się wydarł: "Niech pani lepiej powie ile razy usuwała pani ciążę..." A Profesor mu na to bardzo spokojnie: "nie ma problemu, powiem, ale pod warunkiem, że najpierw ksiądz się przyzna ile razy walił konia..."
Chyba dzisiaj przynudzam...... a to jeszcze nie koniec :))))
Na koniec jak zwykle coś niesamsarycznego.....
Kiedyś jechaliśmy z Lamą Ole pociągiem przez Syberię. Lama jak zwykle cały czas pracował, ale najczęściej przy otwartych drzwiach przedziału, więc czasem chętni mogli z nim bardzo blisko, bliziutko, "w przyjemnej odległości" przed sobą, pobyć. Oczywiście korzystaliśmy z tej okazji ile się dało... I pewnego razu przyszła do Lamy na rozmowę znana wtedy bardzo dobrze w rosyjskiej sandze, para. Był to ówczesny tłumacz Lamy Ole ze swoją kolejną narzeczoną. I okazało się, że dziewczyna, co oczywiście wszyscy od razu widzieliśmy, ma na jednym z policzków ohydną wielką narośl. Lekarze trochę bali się jej to usunąć, więc przyszła do Lamy i zapytała: "co jest ważniejsze: uroda, czy nieryzykowanie zdrowiem". Lama dłuższą chwilę się jej uważnie przyglądał, po czym powiedział: "w twoim przypadku Beauty First"..... Ale proszę Was bardzo, pamiętajcie, że to była rada tylko i jedynie dla tamtej dziewczyny.
I to tyle na dzisiaj. Poza tym chciałam jeszcze powiedzieć, że bardzo ale to bardzo Was wszystkich lubię.....

czwartek, 21 kwietnia 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG


  • "The understanding that truth is not neutral, but is instead blissful, is something only meditators and lovers trust." Lama Ole Nydahl

Why I love so much this Little Great Country and All the People there are my Heros and Closest Family.........
My Best Place on Earth....
My Pure Land in this Crazy Life....
My Heart is Always There....
As my Dreams are....
When I close my Eyes...
I am There with You....
Sharing Timeless Happiness....
And the Most Incredable View.....
With All the Buddhas above our Heads....
As I want to share.....
All The Best with You...
Wisdoms and Compession..
Joy, Fearlesness and Strenth....
All whats Best in this Universe....
Is constantly with me and You....
We are Always Together.....
As we were Together.....
And will be Together.....
Always Tottaly Together....
As Tottal the Space is...
I am Always Yours....
And I forever will.....
Couse You must Know it...
Yes You with your Eyes in the Blue....
Everything got in Perfect Union...
Since The First Time I saw You....


"Gravitation is not responsible for people falling in love" Albert Einstein


Won't you come see about me,
 I'll be alone. Dancing you know it baby.
Tell me your troubles and doubts,
giving me everything inside and out 
Love's strange, so real in the dark
think of the tender things
that we were working on. 
Slow change may pull us apart, 
when the light gets into your heart baby
Don't you forget about me. 
Will you stand above me?
 look my way, never love me. 
Rain keeps falling, rain keeps falling,
 down, down, down. 
Will you recognize me? 
Call my name or walk on by. 
Rain keeps falling, 
rain keeps falling, down, down, down.
Don't you try and pretend, it's my beginning, we'll win in the end, oh. 
Harm you or touch your defences, vanity, insecurity. 
Going to take you apart, I'll put us back together at heart baby.
As you walk on by, 
will you call my name?
When you walk away, 
oh will you walk away?

wtorek, 19 kwietnia 2016

CO BYŁO SŁYCHAĆ NA WARSZAWSKIM STRICIE 19.04.1943 ROKU

Dziś mija 73 rocznica Powstania w Getcie Warszawskim. Pierwsze, w czasie II Wojny Światowej, powstanie ludności  cywilnej przeciwko nazistom.
Powstańcy, bardzo młodzi, mający niewiele ponad 20 lat lub nawet mniej, doświadczyli koszmaru i traumy, w czasie pobytu w getcie i likwidacji getta, niewyobrażalnej dla żadnego normalnego człowieka. Bohatersko podjęli nierówną walkę, co do której od razu było wiadomo, że zakończy się klęską Powstańców. Przeżyła zaledwie garstka Powstańców. Ale mimo, że zginęli, przez ten bohaterski czyn, demonstrując swoją wielką nieustraszoność i desperacką próbę ocalenia resztek człowieczeństwa, wygrali swoje życie.....  Bo przecież nie sama długość ludzkiego życia się liczy, ale naprawdę najistotniejsze jest jak się przeżyło dany nam czas. Ci nieliczni,  zaledwie kilkanaście osób, którym, dzięki nieprawdopodobnemu bohaterstwu Kazika Ratajzera, udało się przeżyć, stali się dla wielu moralnymi autorytetami XX wieku. A teraz my wszyscy, już w XXI wieku też nie możemy zapominać o czasach upodlenia i niszczenia człowieczeństwa, deptania wszelkiego humanitaryzmu, niewyobrażalnego okrucieństwa i ogromu nienawiści. Dziś wszyscy, którzy choć trochę interesują się współczesnością, nie mogą nie zauważyć, że u drzwi Europy i całego Cywilizowanego Świata, czai się kolejna opętana nieludzkim szaleństwem, nienawiścią, wrogością, okrutna i przerażająca ideologia. Ideologia ta, już w czasie II Wojny Światowej współpracowała z hitlerem, obdarowywali się prezentami, przybywając z daleka, gościli w obozie w Auschwitz, by nauczyć się sprawnego funkcjonowania najstraszniejszej w dziejach ludzkości machiny do mordowania.
Kazik Ratajzer uratował  między innymi przywódcę Powstania, Marka Edelmana,  manifestując swoim czynem ogromne, a nawet może wręcz szalone, bohaterstwo. Dokonał tego w sytuacji beznadziejnej, sytuacji granicznej i z góry skazanej na klęskę. Świat podziwia tych ocalonych Powstańców do dziś. Czasem i my mamy poczucie, że jesteśmy nieustraszeni, niczego się nie boimy, damy radę każdej sytuacji. Oni też tak myśleli i, co najważniejsze, zadziałali.

Zawsze pamiętajmy, że "Dharma, nie będąca niczyją własnością, należy do najodważniejszych."


Pomnik Bohaterów Powstania w warszawskim Gettcie

A oto ten Człowiek, symbol najwyższego altruizmy, miłości do ludzi, wielkiego człowieczeństwa i całkowitego oddania dla drugiego Człowieka. Przez całe swoje życie, niezależnie od sytuacji, odznaczał się On całkowitą nieustraszonością i aktywnym współczuciem -  Marek Edelman


W Rzymie na 

Campo di Fiori   

Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini.

Tu na tym właśnie placu
Spalono Giordana Bruna,
Kat płomień stosu zażegnął
W kole ciekawej gawiedzi.
A ledwo płomień przygasnął,
Znów pełne były tawerny,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli przekupnie na głowach.
Wspomniałem Campo di Fiori
W Warszawie przy karuzeli,
W pogodny wieczór wiosenny,
Przy dźwiękach skocznej muzyki.
Salwy za murem getta
Głuszyła skoczna melodia
I wzlatywały pary
Wysoko w pogodne niebo.
Czasem wiatr z domów płonących
Przynosił czarne latawce,
Łapali skrawki w powietrzu
Jadący na karuzeli.
Rozwiewał suknie dziewczynom
Ten wiatr od domów płonących,
Śmiały się tłumy wesołe
W czas pięknej warszawskiej niedzieli.    
Morał ktoś może wyczyta,
Że lud warszawski czy rzymski
Handluje, bawi się, kocha
Mijając męczeńskie stosy.
Inny ktoś morał wyczyta
O rzeczy ludzkich mijaniu,
O zapomnieniu, co rośnie,
Nim jeszcze płomień przygasnął.
Ja jednak wtedy myślałem
O samotności ginących.
O tym, że kiedy Giordano
Wstępował na rusztowanie,
Nie znalazł w ludzkim języku
Ani jednego wyrazu,
Aby nim ludzkość pożegnać,
Tę ludzkość, która zostaje.
Już biegli wychylać wino,
Sprzedawać białe rozgwiazdy,
Kosze oliwek i cytryn
Nieśli w wesołym gwarze.
I był już od nich odległy,
Jakby minęły wieki,
A oni chwilę czekali
Na jego odlot w pożarze.
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Warszawa - Wielkanoc, 1943
Marek Edelman

Kazik Ratajzer

Mordechaj Anielewicz

Warszawskie Getto po Powstaniu 

Warszawskie Getto po Powstaniu

Strona Kazika Ratajzera na Facebooku. Zapraszam. Absolutnie niesamowity człowiek... to co zrobił, gdy desperacko ratował garstkę Powstańców, która przeżyła (w tym Marka Edelmana), nie mieści się w głowie....
https://www.facebook.com/Kazik-Ratajzer-Simcha-Rotem-529076157134002/



i na koniec coś bardzo prywatnego...
"Somehow you have to believe you are not sick" 

niedziela, 17 kwietnia 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG


I admire You and I am totally devoted to You
and You must live with it.


And thanks to this, I feel that I am in love with the whole universe, and the entire universe is in love with me
May the blessing of all Dakinis always accompany You in this life and in all future. All their wisdom are awakened in You. 
Thanks to your merit which comes from that what you give to others you have such a happy life that even you still can not imagine and even you still can not believe in being so fortunate

"Giving happiness to the people is the highest generosity"


HANNAH NYDAHL, CZY JAK MÓWIŁ O NIEJ SZAMARPA, LADY HANNAH NYDAHL

Dziś, 17.04.2016, skończyłaby 70 lat....
Pamiętam świetnie nasze ostatnie spotkanie... Była połowa września 2006 roku. Kopenhaga. Zaczynałam w następnych dniach trasę po ośrodkach. Wiedzieliśmy już, że Hannah jest chora, ale wszyscy mieliśmy nadzieję, że wyzdrowieje. 
Hannah i Lama Ole byli wtedy w Ośrodku, na bardzo ścisłym odosobnieniu, nikogo nie widywali, medytowali całymi dniami... Ale raz dziennie, jak była ładna pogoda, robili sobie wspólny spacer nad morze, zawsze wtedy szli sami, nie chcieli towarzystwa.
Oczywiście nie myślałam i nie marzyłam nawet, że ich w ogóle zobaczę, bo też całkowicie gdzie indziej byłam zakwaterowana. I strasznie, ale to naprawdę strasznie, bałam się tej trasy, totalna panika. Więc 3 pierwsze dni pobytu w Danii spędziłam w Kopenhaskiej Wspaniałej Gompie od rana do wieczora robiąc medytację Diamentowego Umysłu, żeby się jakkolwiek, ale choć trochę, doprowadzić do pionu. Pierwszy wykład w Kopenhadze... totalna porażka:))))
ze stresu ledwo bełkotałam po angielsku. Myślę, że był to to najgorszy wykład, jaki do tej pory udało mi się popełnić :) No może za wyjątkiem jeszcze jednego...

Więc w owe bardzo ciepłe, słoneczne popołudnie, medytując, czasem szłam do kuchni zrobić sobie herbatę. I nagle do kuchni wpada Lama Ole, to było cudowne, całkowicie niespodziewane. Lama od razu mnie złapał i podniósł do sufitu:) I po chwili weszła Hannah. Okazało się, że właśnie idą na spacer. I Lama zapytał czy mam ochotę z nimi pójść... Buddystom nie muszę chyba mówić, co to była dla mnie za radość...
Szliśmy najpierw razem, rozmawiałam z Lama, który pytał mnie o rożne rzeczy, dotyczące mojego prywatnego życia. Byłam szczerze zaskoczona i rozbawiona, co też ludzkie pomieszanie jest w stanie wyprodukować :)))) 
I po rozmowie Lama zaczął biec do przodu, Hannah i ja szłyśmy powoli, potem przybiegał z powrotem do nas, okrążał nas cały czas w biegu i znowu dawał dalej do przodu, i tak wyglądała cała nasza droga nad morze. Szłam z Hannah i próbowałam z nią porozmawiać, o coś zapytałam. I wtedy zrozumiałam, że ona nie ma siły iść i mówić jednocześnie. Dla zdrowego człowieka to jest być może niezrozumiale, ale ja natychmiast to wyłapałam i dalej już sobie powolutku szłyśmy w ciszy.
Gdy dotarliśmy nad morze Lama Ole i Hannah promieniowali szczęściem i radością. Lama Ole od razu zaczął nabijać się z Duńczyków pokazując mi liczne łodzie motorowe, przycumowane jedna obok drugiej, aż po horyzont.
Potem wracaliśmy podobnie, Ole biegł, a my spacerkiem szłyśmy, już pilnowałam żeby iść bardzo powoli. I nagle Hannah cichym głosem zaczęła mi opowiadać różne historie... I kiedy dotarliśmy do Ośrodka, w świetle cudownego słońca pożegnałam się najpierw z Lamą, który powiedział: "jak jakiś Duńczyk będzie dla ciebie niemiły to koniecznie mi powiedz, a skopie mu tyłek:))))"

I potem podeszłam do Hannah i bardzo mocno się do niej przytuliłam i nawet nie pamiętam czy cokolwiek powiedziałyśmy, bo blessing był tak potężny, że było tylko tu i teraz... 
Potem, powoli się oddalając, spojrzałam na Nich dwoje, jak stoją na schodach, na tle drzwi wejściowych do historycznego, symbolicznego, Kopenhaskiego Ośrodka, oboje w blasku słońca, obje uśmiechnięci.... I ten widok pamiętam do dziś tak, jakby to się wydarzyło przed chwilą.
I to był ostatni raz kiedy miałam ten wielki zaszczyt widzieć Lady Hannah Nydahl. Do dziś uważam ten dzień, za jeden z najszczęśliwszych w moim życiu.


To zdjęcie mam przy łóżku, nad głową. Moja najwspanialsza strażniczka, nauczycielka,  najważniejsza kobieta w moim życiu.


Svanemøllevej 56 - Copenhagen


ALAN GREENSPAN - WIEM WIEM....

Wiem, wiem :) Jest postacią wyjątkowo kontrowersyjną. Kiedyś byłam jego fanką, teraz nie mam co do niego złudzeń..... ale w głębi serca sentyment do tego starego Żyda gdzieś pozostał. Kiedyś myślałam że jest geniuszem i altruistą... moja naiwność - BTW niektórzy z Was wiedzą dokąd mnie ostatnio zaprowadziła.....
Teraz już wiem że jest tylko albo aż geniuszem.




Ale mimo wszystko warto przeczytać ten fragment jego książki. Zrobił na mnie niesamowite  wrażenie.....




Jego czas dobiega pomału do końca.... Ale czy się to niektórym podoba czy nie, przejdzie do historii.... właściwie już od dawna jest historią...

środa, 13 kwietnia 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

The day when I do not hear your voice is a lost and unhappy day.....
So my practice for now is to constantly remember 
that the source of any happiness is mind itself.


But when I hear Your voice then at once every atom constantly vibrates with joy and is kept together by Love 

wtorek, 12 kwietnia 2016

WYJĄTKOWY MOMENT W DZIEJACH MOJEJ RODZINY

W ostatni czwartek, czyli 7 kwietnia 2016 roku moja Mama i ja odebrałyśmy z rąk Fundacji "From The Depths" nagrodę im. Państwa Żabińskich, która została przyznana mojej Babci ukochanej , wspaniałej, cudownej, niezapomnianej Natalii Borkiewicz, za uratowanie w czasie II wojny światowej mojej Mamy, która wówczas była niemal noworodkiem i transportowano ją, wraz ze jej biologiczną Mamą, w bydlęcych wagonach pociągu, wiozącego Żydów do obozu zagłady w Oświęcimiu na pewną śmierć. Biologiczna Mama podczas postoju pociągu ubłagała kolejarza, żeby, za wysokim wynagrodzeniem, uratował jej maleńką córeczkę. Zgodził się, wziął pokaźną ilość bardzo drogiej biżuterii, po czym biologiczna Mama przełożyła moją Mamę przez dziurę w podłodze wagonu, skąd kolejarz ją zabrał. Kolejarzem tym był brat naszej babuni Natalii Borkiewicz. Nie wiedział co zrobić z dzieckiem i nie miał zamiaru się nim zaopiekować. Wobec czego przyjechał wraz z maleńką, zaledwie paromiesięczną dziewczynką, do Warszawy, gdzie mieszkały jego siostry. Majątkiem podzielił się ze swoją starszą siostrą, która również nie miała zamiaru ani odwagi by uratować to dziecko. Wtedy moja Babcia Natalia zdecydowała, że przygarnie i ocali małą Żydowską dziewczynkę. I tak właśnie zrobiła.
Za ten czyn została uhonorowana odznaczeniem Fundacji "From The Depths".
W imieniu całej mojej, bardzo nielicznej niestety, rodziny, która składa się z mojej uratowanej przed Holocaustem Mamy, mojego Ojca i moim własnym, chcę wyrazić, nie dającą się opisać słowami, przeogromną wdzięczność Szefowi Fundacji "From The Depths" Panu Jonny Daniels oraz Lenie Klaudel, która jest prawą ręką Jonna i bez której nic nie byłoby możliwe. Oboje mają wielkie serca i jestem całkowicie przekonana, że tacy właśnie ludzie zmieniają świat na lepszy. 

So Jonny and Lena Thank You so very, very much for what you did for my Family. I will be grateful to You forever.
                                                                 Jonny Daniels
Jonny Daniels

Lena Klaudel
                                                                   Lena Klaudel
Natalia Borkiewicz z adoptowaną córką - lata 60-te



Odznaczenie


Moi Rodzice Anna i Jan Żerebiec

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

5 TYSIĘCY 475 DNI I NOCY LUB 131 TYSIĘCY 400 GODZIN

Pod wpływem pewnych wydarzeń, które mnie ostatnio bardzo poruszyły zrobiłam sobie taki oto rachunek: całe pół mojego 30 - letniego chorowania spędziłam w niewyobrażalnym dla większości ludzi bólu. A to jest dotychczas:  5 tysięcy 475 dni i nocy lub 131 tysięcy 400 godzin jeśli dobrze policzyłam. I licznik cały czas bije.... ale pomoc jest w drodze, nareszcie skuteczne leki zostały odkryte, nie wiem jednak ile czasu minie nim dotrą do Polski.... A nawet jeśli dotrą, bez refundacji NFZ chyba nikogo w Polsce nie będzie stać na to leczenie...




"Należy być powściągliwym w ocenianiu ludzi, którzy żyli w warunkach dla nas niemal niewyobrażalnych. Podczas jednej z rozmów Marek Edelman wydarł się na mnie: „Ty grubasie, ty w ogóle nic nie rozumiesz, co to jest głód, nie wiesz, co to znaczy iść głodnym na zagładę, wiedząc, że to jest zagłada”. 

I żeby znowu nie bylo tak samsarycznie, buddyjski cytat na koniec będący zarazem podsumowaniem moich ostatnich przemyśleń:

„Mistrz Padmasambhawa powiedział: Praktykując Dharmę, musisz utrzymywać Samaja. Wydaje się, że są ludzie, którzy nie robią nic innego, jak tylko łamią swoje samaja.(…) Pani Tsogyal zapytała: Co to znaczy? Mistrz powiedział: (…) Jest wielu upartych ludzi, którzy udają mądrych nie słuchając nauk, udają dojrzałych nie otrzymawszy przekazów mocy i udają, że posiedli ustne wskazówki, podczas gdy nie otrzymali ich. Dlatego tak niewielu osiąga cel praktyki.”


piątek, 1 kwietnia 2016

OLEJ LORENZA

Gdy my lub ktoś nam bliski, stajemy się przewlekle, nieuleczalnie chorzy, mamy prawo walczyć o swoje zdrowie wszelkimi metodami, które wydają nam się sensowne. Może się zdarzyć, że robimy rzeczy, których lekarze nam nie zalecą. Z moich szpitalnych doświadczeń wynika......ah, no tak...... długo by pisać co wynika z moich szpitalnych doświadczeń.....
Natomiast wracając do głównego wątku tego posta to jest taki film, oparty na faktach, pt. Olej Lorenza (ang. Lorenzo's Oil).  Opoowiada o życiu szczęśliwej amerykańskiej rodziny, w której nagle pojawia się ciężka, rzadka i śmiertelna choroba, na którą nie ma lekarstwa. Zapada na nią ich synek. Lekarze nie pozostawiają złudzeń.... I wówczas rodzice zaczynają szukać wszelkich informacji o tej chorobie, o jej istocie, o całym układzie nerwowym. I mimo, że żadne z nich nie jest lekarzem, poświęcają się z wielką determinacją własnym próbom odkrycia jakiegoś leku. I mimo, że wiadomo, że dla swojego dziecka niewiele mogą już zrobić, to pracują dalej...
W filmie rolę matki świetnie odgrywa Susan Sarandon, która otrzymała za nią nominację do Oscara.



Ludzie z firm farmaceutycznych, lekarze, a przede wszystkim urzędnicy państwowi - wszyscy oni powinni chociaż na chwilę zastanowić się, co czuje rodzina chorego, gdy czyta w prasie o nowym, testowanym dopiero, ale dającym jakąkolwiek nadzieję, leku na beznadziejną chorobę....
Sama tego doświadczam..... Ma się takie poczucie, jakby się wiedziało, że skarb został już odnaleziony, ale jest tak dobrze strzeżony, że z góry wiadomo, że dla nas pozostanie niedostępny.....
Ojciec Lorenza powiedział o swoim wynalazku: "Uczeni traktowali prace nad lekiem na tę rzadką chorobę jako drogę do zdobycia Nobla - za 20, 30 lat. Ja nie miałem tyle czasu. Nie mogłem patrzeć, jak mój syn umiera".
Czy tak trudno jest zrozumieć, że dla nieuleczalnie chorego człowieka oraz jego rodziny liczy się każda minuta. Zatem informacja, że lek będzie dostępny u nas "już niedługo, za jakieś 3, 4 lata" po prostu ścina z nóg.... nie wiadomo co powiedzieć..... po prostu siąść i płakać..... 
Nigdy nie zrozumiem, co mają w głowach i w sercach urzędnicy państwowi oraz szefowie firm farmaceutycznych, że nie umieją choć przez chwilę, w pewnych szczególnych, ciężkich przypadkach, postawić się w sytuacji chorego, któremu jest już wszystko obojętne oprócz tego, żeby dostać TO lekarstwo. I żeby dostać je już, teraz, za godzinę, a najpóźniej jutro..... Takich chorych nie obchodzą skutki uboczne leku, ewentualne ryzyko chętnie wezmą na siebie, byle tylko móc jak najszybciej dostać nowy lek. Ludzie w takich przypadkach i tak nie mają nic do stracenia, więc czemu nie dać im cienia szansy??? Nie stworzyć procedur na wyjątkowe sytuacje, kiedy naprawdę nie można już czekać.... Albo czekanie wykańcza tak bardzo fizycznie i psychicznie, że jest w nieporównywalnie większym stopniu szkodliwe, niż lek w III, lub nawet w niektórych przypadkach, II fazie testów. Z jakich powodów żałować leku takim ludziom, zdesperowanym, chcącym podjąć to ryzyko ???
Przecież to na pierwszy rzut oka jest zwyczajnie nieetyczne.... 
I jeszcze jeden całkowicie niezrozumiały dla mnie fakt: dlaczego leki dopuszczone do użycia w krajach rozwiniętych, takich jak np. USA czy Europa Zachodnia, są w Polsce dostępne z kilkuletnim opóźnieniem??? Czy nasi urzędnicy oraz lekarze są tak zadufani w sobie, że nie dowierzają zachodniej nauce i uważają, że co.... przepraszam...zbadają ten lek sami i dopiero wtedy... nieee no wolne żarty... przecież polska medycyna jest pod każdym względem zapóźniona..... I to również jest moim zdaniem nieetyczne i nieludzkie. I na dodatek to skandal, że nawet nikt nie próbuje tego zmienić..... nikt nie próbuje zawalczyć o rzecz tak ważną. Bo co jest ważniejszego niż ludzkie życie i zdrowie??? I gdzie w tym wszystkim jest głos tych, którzy uważają się za absolutne autorytety etyczne i mają tak wiele do powiedzenia w innych kwestiach, dotyczących medycyny.... 
Film "Olej Lorenza" daje do myślenia, przynajmniej tym, którzy mają odrobinę mądrości i współczucia. Jeśli nie widzieliście tego filmu, serdecznie polecam, w końcu nadchodzi weekend. Nie jest to wesoła historia, samo życie... Ale obejrzyjcie go do końca i przygotujcie chusteczki....

I żeby nie było już tak całkiem samsarycznie, to wielcy Boddhisatwowie nie zawsze odradzają się jako mistrzowie buddyjscy. W różnych czasach i miejscach, kiedy karma żyjących istot na to pozwala, mogą oni pojawiać się jako ludzie, którzy robią dla innych coś ważnego, odkrywczego, wspaniałego, niesamowitego. I w ten sposób pomagają wielu istotom.