sobota, 22 października 2016

JESTEŚMY JOGINAMI A SZLACHECTWO ZOBOWIĄZUJE




LAMA OLE NYDAHL :
W Tybecie istniała pewna stara linia, zajmująca się przede wszystkim pudżami. Potem powstała inna, zupełnie nowa, koncentrująca się głównie na dyskusjach i studiowaniu nauk. Następna szkoła, która pojawiła się nieco później niż nasza, skupiała się przede wszystkim na naukowym aspekcie Dharmy i pisaniu ksiąg. Wreszcie nasza tradycja Kagyu, linia Ustnego Przekazu, zajmowała się głównie praktyką. Jesteśmy linią joginów Tybetu. Naszymi wielkimi przykładami są tacy mistrzowie jak Milarepa, Marpa i różni Karmapowie. Oznacza to, że oświecenie nie jest czymś zewnętrznym, pełnym różnych poglądów i idei. Nie jest ono również niczym abstrakcyjnym lub dalekim od rzeczywistości, lecz dotyka bardzo bezpośrednio naszego życia. Właśnie dlatego że jesteśmy linią praktyki, a nie tylko szkolą intelektualną, bardzo ważne jest, żebyśmy w życiu rzeczywiście zadawali pytania, które w sobie nosimy. Nie powinniśmy po prostu zadawalać się jakąś starą rzeczą tylko dlatego, że praktykowano ją od tysiąca lat w Tybecie. Musimy pytać samych siebie, co to wszystko ma wspólnego z nami. Dokładnie tak samo istotne jest, żebyśmy naprawdę badali rzeczy, abyśmy zawsze od nowa sprawdzali na ulicy to, czego się nauczyliśmy i wykorzystywali owo zrozumienie z pożytkiem dla innych i samych siebie. Dzięki temu zobaczymy również, jak daleko zaszliśmy i jak bardzo pożyteczne są metody Buddy dla naszego życia tutaj na Zachodzie.
Dopiero wtedy staniemy się prawdziwymi dzierżawcami linii, dopiero w tym momencie zaczniemy przekazywać błogosławieństwo. Błogosławieństwo nie tkwi w słowach, czy też w starodawnych systemach. To, co naprawdę ważne, wylania się z doświadczenia: doświadczenia nadmiaru, pewności, mocy, oraz z tego, co uzyskujemy stosując różne metody pracy z umysłem i co przekazujemy potem dalej dzięki własnemu zrozumieniu i własnej sile. Dlatego chciałbym najpierw określić funkcję jogina. Kim jest w ogóle jogin? Jeśli przyjrzycie się tybetańskiej kulturze, zobaczycie, że istnieją w niej trzy różne poziomy praktyki. Są mnisi i mniszki ich szczególną cechą jest to, że najintensywniej koncentrują się na tym, czego należy unikać na zewnętrznym poziomie, zwracają więc bardzo dokładnie uwagę na działania, słowa i myśli i starają się odizolować od wszystkiego, co przynosi cierpienie i jest źródłem trudności. Służy im do tego cały szereg ślubowań.
Jeśli jednak wszyscy byliby mnichami i mniszkami, świat by się nie rozwijał. Nie byłoby dzieci, które zarabiałyby na ich emeryturę, nie byłoby też gospodarki. W ten sposób nie mogłoby to funkcjonować. Dlatego też buddyzm zawsze bardzo mocno ukierunkowany jest na tych, których nazywamy ludźmi świeckimi. Co chcą więc oni, lub też, co my chcemy osiągnąć? W rzeczywistości chodzi o to, żeby życie właściwie toczyło się na praktycznym poziomie, byśmy wszyscy, zarówno inni jak też my sami - odnosili z niego jak największy pożytek i doświadczali szczęścia. Celem ludzi świeckich jest to, by rodzina, społeczeństwo i przyjaciele stali się lepsi i rozwijali się na ścieżce. W takiej sytuacji można się tylko do pewnej określonej granicy troszczyć o zewnętrzne rzeczy, bardzo często trzeba pracować na nieco "szarym" obszarze etyki, jeśli chce się prowadzić jakąś firmę lub zajmować handlem. I ponieważ dlatego nie jest się w stanie, na zewnętrznym poziomie zwracać uwagi na wszystkie drobiazgi, zastępuje się go poziomem wewnętrznym. Poziom wewnętrzny jest poziomem motywacji. Dzięki niej można "rozbroić" nieco niedokładne i szorstkie zachowanie w zewnętrznym świecie myśląc: "Oby wszystko co robię przyniosło pożytek wszystkim istotom!" Największe znaczenie przypisuje się tutaj czemuś, co nazywamy nastawieniem bodhisattwy. To jest najważniejsza postawa jaką mamy - rozwijamy ją w pełen mocy sposób. Poza tym próbujemy obchodzić się z rzeczami mądrze, pożytecznie i praktycznie. I wreszcie dochodzimy do joginów. Jogini nie są właściwie związani zewnętrznymi ślubowaniami. Również wewnętrzne poziomy mają w ich przypadku drugorzędne znaczenie. Ważną cechą jogina jest to, że stale doświadcza on pełni, mocy i intensywności życia. Pozostaje stale na poziomie, na którym przeżywa się rzeczy jako świeże, nowe, pełne mocy i możliwości - widzi się po prostu zjawiska z poziomu czystości.
Jeśli chcielibyśmy wyrazić to w popularny sposób, moglibyśmy powiedzieć,że mnich łamie swoje ślubowania, kiedy nagle okaże się, że założył rodzinę. Wówczas można zapomnieć o zewnętrznych rzeczach, które obiecał. Człowiek świecki łamie swoje ślubowania, jeśli przestanie być pożyteczny dla innych i samego siebie i przeciwnie zacznie przynosić im cierpienie i sprawiać trudności. Jeśli nie jest w stanie dojść do ładu z życiem, nie jest już więcej lokomotywą dla społeczeństwa i świata. Wówczas podobny jest bardziej do wagonu, który trzeba ciągnąć. Jogin natomiast łamie swoje ślubowania, gdy spuszcza nos na kwintę, kiedy traci dobry humor, świeżość i psychiczny nadmiar, gdy opuszcza go spontaniczna radość i moc. Wówczas traci grunt pod nogami i przestaje właściwie funkcjonować. Po tym, jak przyjrzeliśmy się teraz ogólnym zarysom owych poziomów, powinniśmy również zrozumieć, że wszystko jest tu wzajemnie ze sobą powiązane. Jeśli ciągle od nowa mamy trudności z zewnętrznym światem, jeżeli nieustannie sprawiamy innym coraz to nowe cierpienia, wówczas możemy zapomnieć o mądrości i postawie bodhisattwy. Dlaczego? Ponieważ wtedy nigdy nie osiągniemy spokoju. Nagle okazuje się, że wszyscy biegają za nami z widłami i chcą nas powiesić na najbliższej suchej gałęzi, lub też, bez przerwy mamy do czynienia z policją, a przedstawiciele banku codziennie stukają do drzwi. Jeśli to, co zewnętrzne nie funkcjonuje, również rzeczy wewnętrzne nie są wiele warte.
W ten sam sposób, jeżeli mamy kłopoty z poziomem wewnętrznym, to znaczy, jeśli brakuje nam współczucia i mądrości, możemy się pożegnać z czystym widzeniem. Gdy brakuje nam współczucia, myślimy tylko o samych sobie. Wówczas jednak największa i najmądrzejsza rzecz, którą się mówi, jest pozbawiona mocy, rachityczna i mała, ponieważ jej punkt odniesienia stanowi tylko jedna istota, sytuacja, rodzina, czy też grupa społeczna. Przypomina to trójkąt stojący na jednym z wierzchołków; niewiele może on na sobie utrzymać. Jeśli jednak w przeciwieństwie do tego myślimy o innych, wówczas wszystko, o czym myślimy, co mówimy i czynimy, automatycznie staje się olbrzymie, potężne i pełne znaczenia. Bez mądrości wreszcie również nie posuniemy się naprzód. Jakiego więc jej rodzaju potrzebujemy? Chodzi tu o odświeżającą, drogocenną mądrość troszczącą się o to, by rzeczy nie stawały się w naszym życiu zbyt osobiste, ciasne i lepkie, a więc o mądrość przeżywania pustości zjawisk. Wie ona, że ani my sami, ani ci, z którymi mamy do czynienia, czy też rzeczy które robimy, nie są czymś szczególnym lub oddzielonym od siebie, lecz stanowią aspekty tej samej całości, oraz że żadne " ja" naprawdę nie istnieje - ani w ciele, ani w myślach czy uczuciach. Mądrość owa dostrzega, że nie istnieje żadne "ty" lub jakakolwiek sytuacja jako coś trwałego, niezmiennego, lecz że wszystko jest uwarunkowane, wyłania się z pustej, otwartej przestrzeni, swobodnie się w niej rozgrywa i z powrotem się w niej rozpuszcza. W ten sposób zjawiska są nietrwałe. Wgląd ten jest czymś bardzo ważnym. Ponieważ dopiero wówczas, gdy rzeczy przestaną być lepkie, kiedy nie będą już zbyt personalne, będzie mogła w pełni się otworzyć i rozkwitnąć cała moc praktyki jogina - jej intuicyjna, spontaniczna i promieniująca radość.
Te trzy rzeczy budują jedne na drugich, jednak główny nacisk można położyć na jedną z nich. Jeśli próbuje się praktykować, będzie się automatycznie przypisywać temu lub innemu punktowi największe znaczenie. Jeżeli ma się wiele trudności, jest się zainteresowanym przede wszystkim zewnętrznymi rzeczami. Widzi się, jak dalece jest się zablokowanym swymi własnymi problemami i próbuje się, tak skutecznie jak to tylko możliwe, oddalić je od siebie. Jeśli nie lgniemy już do naszych problemów i nasza energia nie jest już w pełni przez nie pochłaniana, współczucie i mądrość pojawią się same z siebie. Nagle okaże się, że oto posiadamy psychologiczny nadmiar pozwalający nam myśleć o innych, coś dla nich robić i przynosić im pożytek. Kiedy odkryjemy w sobie ów nadmiar, nasz umysł stanie się tak bogaty, że nagle samo z siebie, od wewnątrz, powstanie w nas zaufanie, że nawet najdalszy skok jest możliwy: zrozumiemy, iż może rzeczywiście wszyscy posiadamy naturę Buddy. Nagle, stanie się dla nas jasne, że możemy pracować z umysłem i osiągnąć trwałe, absolutne rezultaty. Wszystkie te różne rzeczy funkcjonują razem i tworzą pewną całość.
Istnieje punkt, w którym owe trzy drogi stają się jedną - jest nim praktyka Mahamudry. Stosując ją spontanicznie i bez wysiłku oraz z motywacją współczucia i mądrości, widzimy dokładnie jakimi rzeczy są; nie jesteśmy też jednocześnie ograniczani przez lgnięcie do samego postrzegania. Jeśli spoczywamy w tym, co jest, i nie jesteśmy zależni od tego, czego doświadczamy, wówczas wszystko w tym samym momencie, wyzwala się samo przez się. Każde położenie przeżywamy wtedy z poziomu pojawiającej się równocześnie mądrości. W tej samej chwili, w której pojawia się sytuacja, ukazuje się również jej rozwiązanie. W każdym momencie, gdy coś się otwiera, wie się dokładnie, co i jak należy zrobić, zna się dokładnie całe położenie - w pełni się je rozumie. Wszystko, co się dzieje stanowi w ten sposób proces odkrywania, w którym stale doświadcza się czegoś nowego. To jest nasz prawdziwy cel, to właśnie chcemy osiągnąć - najwyższy poziom, jaki w ogóle istnieje.
Jeśli potrafimy postrzegać wszystko z poziomu czystości, jesteśmy w stanie zobaczyć również w nas coś czystego i pięknego oraz potrafimy doświadczać siebie samych jako potencjalnych buddów. Możemy także dostrzec u innych mądrość, przeżyć ich współczucie, moc, radość i znaczenie. Doświadczamy czym są i co wyrażają. Jeżeli jesteśmy do tego zdolni, wszystko wzrasta tak jak powinno. Wtedy w naturalny sposób inne osiągnięcia pojawią się same z siebie. Jeśli odczuwamy mocno życzenie wszystkich istot osiągnięcia szczęścia i uwolnienia się od cierpienia, nie możemy po prostu uniknąć czynienia dla nich, w pełen mądrości i miłości sposób, najlepszych rzeczy, na jakie nas stać. Jednocześnie niemożliwe jest wykonywanie pozbawionych znaczenia i przynoszących kłopoty działań - nie ma o tym mowy. W ten sposób jesteśmy w stanie utrzymywać najwyższy poziom, umocnić go swoją własną siłą i nieustannie na nim budować. Wówczas wszystko inne staje się po prostu podarunkiem. O to właśnie chodzi. Jak się wówczas żyje? W przypadku mnicha, tym na co zwraca się szczególną uwagę są rzeczy zewnętrzne, rzeczy których się nie robi oraz rozwijanie koncentracji. Dla człowieka świeckiego ważne jest, by właściwie funkcjonował i żeby wszystko toczyło się tak jak powinno, by był pożyteczny dla innych i dla samego siebie. O co jednak chodzi w przypadku jogina? W rzeczywistości chodzi tu o wewnętrzne nastawienie, o to, co utrzymujemy w umyśle w czasie dnia. Jeśli jesteśmy w stanie widzieć rzeczy z poziomu czystości, nie będzie końca temu, co będziemy w stanie praktycznie zrobić.
Kiedy budzimy się rano, co najpierw robimy? Kończymy naszą medytację snu, którą rozpoczęliśmy wieczorem, podejmujemy decyzję, iż będziemy świadomi swoich snów i utrzymujemy doświadczenie śnienia żywym we wszystkim, co się wydarza. Wstając nie czynimy wyraźnego podziału między tym, co minęło, i tym, co teraz nastąpi. Nie mówimy: "To było tyle to a tyle snu, śniłem o tym i owym, a teraz znowu wszystko jest kwadratowe i ciasne", lecz utrzymujemy uczucie otwartości, nierzeczywistości i pełni możliwości. Doświadczamy wszystkiego tak intensywnie, jak to tylko możliwe i cieszymy się wszystkim: ostatnim objęciem dziewczyny, wstawaniem i wszystkimi przeżyciami, które temu towarzyszą. Niezależnie od tego, co to jest i co robimy w czasie wstawania: pozostawiamy żywym poziom radości, świeżości i fascynacji. Kiedy wchodzimy pod prysznic jesteśmy świadomi tego, że zmywamy z siebie wszystko, co negatywne, że stajemy się w ten sposób oczyszczeni i przejrzyści. Możemy wówczas powtarzać swoje mantry oczyszczające Dordże Sempa; pod prysznicem jest to bardzo dobre. Kiedy idziemy do toalety dzieje się dokładnie to samo. Czujemy światło padające z góry i wypychające ku dołowi i na zewnątrz wszystko, co szkodliwe. Kiedy następnie wychodzimy, jesteśmy całkowicie uwolnieni i oczyszczeni. Przy śniadaniu możemy wizualizować lamę lub Buddę. Tybetańczycy utrzymują go w czasie jedzenia najczęściej w sercu lub w gardle. My, ludzie Zachodu, myślimy jednak trochę inaczej. Tybetańskie matki żują zwykle najpierw jedzenie, a potem wtłaczają je do ust dzieciom, dlatego podobny sposób medytacji nikomu tam chyba bardzo nie przeszkadza.
Każdy musi sam zdecydować, opierając się na swoich odczuciach i zapleczu kulturowym czy ofiarowanie lamie czegoś przeżutego jest czymś naturalnym, czy też nie. Jeśli możemy to zrobić, wówczas ofiarowujemy lamie cały strumień pożywienia i wszystko co w nim dobre: siłę, witaminy, proteiny itd. Jednocześnie myślimy o wszystkich istotach, które niczego nie dostają, o duchach, które być może są obecne w przestrzeni, o wszystkich możliwych świadomościach pogrążonych w stanach skrajnego przywiązania, które nie posiadają co prawda stałego ciała, jednak doświadczają tego, że istnieją rzeczywiście. Możemy sobie wyobrażać, że teraz otrzymują one coś do jedzenia. Kiedy następnie wychodzimy z mieszkania, możemy zrobić to na dwa sposoby. Są ludzie, którzy rano robią wszystko w ostatniej chwili, inni organizują sobie na to trochę więcej czasu. Niezależnie od tego jak to robimy: czy wskakujemy do samochodu napięci jak stalowa sprężyna i zostawiamy za sobą zapach przypalonej gumy opon pędząc w dół ulicy, czy też wychodzimy statecznie i wszystko sprawdzamy z lekkiego dystansu: najważniejsze jest to, byśmy byli w pełni świadomi tego, co robimy. Przeżywamy to i jesteśmy w pełni obecni w tym, co się dzieje. Odczuwamy swoje ciało i to jak poruszają się mięśnie. Jesteśmy świadomi pierwszego zapachu dnia. Widzimy co robią inni. Odczuwamy wszystko panoramicznie i szeroko. Nawet, jeśli nie obserwujemy czegoś umyślnie, powstaje w nas uczucie wchłaniania wrażeń całym ciałem, odbierania ich wszystkimi zmysłami; otrzymujemy pełną informację. Kiedy siedzimy już w - oby dobrze - jadącym samochodzie, wyobrażamy sobie tłoki poruszające się w dół i w górę. Widzimy iskry zapłonu, czujemy moc silnika, gdy przekręcamy kluczyk w stacyjce i ruszamy. Myślimy o tym, że nie powinniśmy jechać zbyt szybko, dopóki motor jest jeszcze zimny. Przeżywamy moment współczucia i otwartości dla swojego samochodu i myślimy: "Teraz troszczę się o tę rzecz i dbam o to, by właściwie pracowała. Czyni ona tak wiele dla mnie, teraz ja zrobię coś dla niej." Kiedy silnik się już rozgrzeje i zaczynamy dodawać gazu, czujemy jego pełną moc. Cieszymy się ze zdolności inżyniera, który zbudował tak dobrą autostradę, a także z tego, iż tak wielu ludziom udaje się utrzymać owe skomplikowane pudelka prosto na szosie. Przeżywa się to rzeczywiście jako pewien rodzaj mądrości, jako coś ciekawego, coś, co w jakiś sposób jest interesujące. Zimą, gdy długo jest ciemno wchłaniamy w siebie głębokie barwy i światła neonów. Jeżeli natomiast jest lato i jest jasno, "chwytamy" świadomie kolory nieba i formacje obłoków, ofiarowujemy to wszystko i pragniemy, aby inni również mogli zobaczyć coś równie pięknego. Przeżywamy siebie samych jako boga lub bodhisattwę w jego małej czystej krainie z kierownicą i wszystkimi innymi dodatkami, otoczonego innymi znajdującymi się w podobnych sytuacjach. Doświadczamy tego i widzimy wszystko jako procesy mądrości, jako coś doskonałego. Kiedy parkujemy samochód myślimy z radością: "Och! Jak to dobrze! Buddowie znowu uważali. Jeszcze raz się udało." Idąc na górę do biura, cieszymy się wszystkim, co się w nim dzieje. Przyglądamy się ludziom, którzy nas otaczają i sprawdzamy, kto właśnie dobrze się wykąpał, kto dobrze pachnie. Staramy się następnie przebywać w pobliżu niego, unikamy natomiast tych, których policzki pokrywa trzydniowy zarost. W ten sposób przebywamy w najczystszym i najpiękniejszym otoczeniu, przeżywając co chwila coś przyjemnego.
Jadąc windą myślimy po drodze jak interesujące są mechanizmy, dzięki którym podróżujemy oto w dół lub w górę, jak ciekawie pracują ciężary równoważące się nawzajem. Jednocześnie utrzymujemy Karmapę w sercu i promieniujemy światłem na wszystkich dookoła. Robienie tego w windzie jest łatwe, w samochodzie jednak nie zawsze jest dobre. Dopiero wtedy, kiedy staniemy się dobrymi joginami, będziemy mogli pozwolić sobie na pozostawienie kierowania autem ciału. Do tej pory jednak powinniśmy używać do tego wszystkich zmysłów. W windzie możemy również pozwolić Buddzie opaść do naszego serca. Myślimy, że siedzi on nad naszą głową na czymś podobnym do kawałka drewna, który następnie wyciągamy i wówczas buum! - Budda opada do serca i zaczyna promieniować. Potem wchodzimy do szefa i wyjaśniamy, dlaczego znowu spóźniliśmy się pól godziny. Wysłuchujemy wszystkiego, co ma nam w związku z tym do powiedzenia, cieszymy się, iż posiadł w tak doskonałym stopniu zdolność artykułowania swoich poglądów, rozumiemy, że z pewnością wielokrotnie przedtem to trenował i owoc wszystkich tych ćwiczeń prezentuje teraz z naszego powodu. Jesteśmy tym głęboko poruszeni i wdzięczni za zainteresowanie, które nam poświęca, a także pełni satysfakcji, że najwyraźniej jesteśmy ważną figurą w firmie. Następnie podchodzimy do swojego biurka, wybieramy natychmiast pięć najciekawszych rzeczy do załatwienia w ciągu dnia, a resztę kładziemy szybko na biurku kolegi - kiedy nie patrzy. Potem sprawdzamy, do kogo i kiedy powinniśmy zadzwonić, nastawiamy budzik, żeby przypomniał nam o tym we właściwym czasie i przystępujemy z radością do pracy. Próbujemy naturalnie robić to jak najlepiej. Jest to naprawdę ważne. Po Japończykach i kilku innych dalekowschodnich rasach, wy Niemcy (wykład ten wygłosił Lama Ole w ośrodku w Wuppertalu - przyp. tł.) wiecie o tym chyba najlepiej na całym świecie. Miały na to z pewnością swój wpływ owe wojny co każde dwadzieścia lat, pozwalające rozwinąć rzetelność i skuteczność w odbudowywaniu kraju i nadające kierunek w życiu. W rzeczywistości robienie czegoś daje wiele radości. Bycie efektywnym to wspaniała rzecz! Niezależnie od tego, co się robi: warto robić to dobrze. Jeśli nie robi się nic, nie otrzymuje się również żadnych rezultatów. My Duńczycy, na pytanie "Co właściwie robisz?", odpowiadamy: "Tak niewiele, jak tylko się da." I mogę wam powiedzieć, że z tego powodu będzie nam w przyszłości coraz trudniej uzyskać jakiekolwiek pożyczki, gdyż wiadomość o podobnym nastawieniu szybko się rozchodzi.
W rzeczywistości najważniejsze na ścieżce jogina jest robienie dobrze, tego co się robi. Jeśli się kochamy, kochamy się w pełen mocy sposób, jeśli pracujemy, również jesteśmy w tym skuteczni. Robimy to, nie myśląc o niczym innym, nie jesteśmy rozproszeni. Skupiamy się całkowicie na tym, w czym bierzemy udział i doprowadzamy do końca to, co raz zaczęliśmy. Takie nastawienie jest naprawdę konieczne i ma głębokie znaczenie. Jedyne rzeczy, na które jogin w żadnym wypadku nie może sobie pozwolić, to niedołęstwo, bylejakość, nieprzejrzystość i niepewność. Jest się wówczas jak stary koń, który nie wie czy ma zrobić krok naprzód, czy do tyłu, zostaje więc tam gdzie był i tylko zabiera miejsce. Jogin nie może tego robić. Cokolwiek mamy na celowniku, cokolwiek chcemy zrobić, powinniśmy robić to dobrze, ze świadomością tego co się dzieje, z pełną energią. Wówczas uzyskamy również właściwe rezultaty. By skutecznie działać, potrzebujemy wytrwałości. Jak można ją w sobie wykształcić? Po prostu będąc wytrwałymi! Wytrwałość ćwiczy się właśnie tak. Pragniemy coś zrobić, ponieważ daje to moc i ponieważ czujemy, iż jest to przyjemne. Wytrwałość natomiast rozwijamy właśnie ćwicząc ją, po prostu będąc wytrwałymi. Nie znam żadnego innego sposobu.
Naszą motywacją w działaniu jest radość. Kiedy myślimy: "Jak wspaniale, znowu mogę zrobić coś sensownego. Zamiast być tylko coraz starszy, będę również coraz mądrzejszy." Wszystko, co jogiczne przychodzi najłatwiej dzięki radości. Przynajmniej ja tak to rozumiem i tak tego też nauczam. Nigdy nie pojawiam się grożąc moralizatorsko palcem, zawsze mówię: więcej mocy, ruszyć do przodu, wziąć to, co się pojawia, docisnąć gaz. Po tym również poznaje się jogina. Zwyczajny wystraszony zając stara się przede wszystkim wszystko zatrzymać i najbardziej chciałby umrzeć, zanim przyjdzie mu cokolwiek zrobić. Jogin najchętniej chwyta tygrysa w pełnym galopie. Jest to naprawdę olbrzymia różnica. Jogin czuje się najlepiej w zmianach, zwykły człowiek natomiast w uciszaniu wszystkiego i kontrolowaniu. Bycie joginem to chwytanie energii wtedy, kiedy się pojawia, wzmacnianie jej i kierowanie tam, dokąd chcemy. Ciężka praca i bycie joginem w najmniejszym stopniu się nie wykluczają. Jednak próżniactwo, nieróbstwo i ogrzewanie tylko stołka przez cały dzień nie mają z nim zupełnie nic wspólnego. Nie oznacza to, że mamy się zachowywać tak, jak Chińczycy w czasach Mao, kiedy często nie było nic do zrobienia. Wówczas połowa ludzi kopała dół, a druga połowa w chwilę później go zasypywała po to, żeby wszyscy mieli zajęcie. Nie o to chodzi. Jeśli nie mamy akurat nic do zrobienia w biurze lub w innym miejscu pracy, możemy z powodzeniem inaczej wykorzystać pożytecznie ów czas. Pomyślcie o tych wszystkich ludziach, którzy ucieszyliby się być może, dostając od was list. Uświadomcie sobie wszystkie dobre rzeczy, które możecie zrobić dla swojego ciała - o wyprostowaniu pleców czy napięciu trochę mięśni. Również na tym poziomie możecie być w pełni świadomi, możecie zrobić coś dobrego dla siebie i innych. Pomyślcie również o tym, że czas, w którym nie ma nic innego do zrobienia można z powodzeniem wykorzystać na powtarzanie mantr. Możecie ich używać nawet w czasie pracy, jeśli nie wymaga ona zbyt mocnej koncentracji. Możecie wykorzystywać w ten sposób pewien określony poziom waszego umysłu. Również wtedy, gdy nie jesteście akurat bardzo zajęci, możecie na chwilę się rozluźnić, pozwolić by Karmapa pojawił się w waszym sercu i promieniował światłem na wszystkich wokół.
Próbujcie więc, odpowiednio do swoich zdolności, być świadomi na wielu poziomach. Starajcie się rzeczywiście w pełni wykorzystywać czas, który macie. Jednym z powodów, dla których ja i moi koledzy powtarzamy wszystkim: "Zróbcie nyndro jeśli możecie", jest to, że potem wszystko jest łatwe. Wszystko przychodzi samo z siebie i wydarza się tak jak powinno. W czasie dnia możemy również medytować na objawy zmęczenia. Jeśli kogoś bolą kości w czasie pracy fizycznej lub też jeżeli jesteśmy przemęczeni na skutek intensywnego używania szarych komórek, możemy sobie to uprzytomnić i uczynić z objawów owego zmęczenia obiekt medytacji. Możemy być całkowicie świadomi tego co się dzieje, kiedy sięgamy po filiżankę kawy lub dwie filiżanki herbaty i najchętniej wyszlibyśmy dokądkolwiek lub po prostu stanęli na głowie w rogu pokoju. Można przeżyć wiele radości zwodząc zwykłe naturalne procesy które w nas zachodzą. Z drugiej strony bardzo zabawne jest koncentrowanie się na tym, jak stajemy się coraz mniej aktywni i jak opuszczają nas siły. Równie interesująca jest walka z objawami zmęczenia czy senności.
To jest moja własna recepta jogina: kiedy pracujemy, możemy widzieć siebie samych jako silnik, który staramy się jak najefektywniej wykorzystać: zmieniamy biegi odpowiednio do tego, co musimy akurat zrobić. Jesteśmy przez cały czas świadomi tego, iż mamy wiele rzeczy do zrobienia i przechodzimy zgodnie z tym z poziomu na poziom. Znam to ze swojego własnego życia: jeśli głowę mam przejrzystą, jestem wyspany i wypiłem wystarczająco dużo herbaty, najpierw zabieram się za odpisywanie na trudne, osobiste listy - muszę wówczas być w stanie ogarnąć jednocześnie sens jednej lub dwóch stron pełnych znaków zapytania. Kiedy jednak nagle do pokoju wejdzie ktoś, by porozmawiać o swoich problemach, lecz również nie o tych najtrudniejszych, przechodzę od listu do kartek pocztowych. Jednocześnie pewna część mojego umysłu zajmuje się rzeczami, które słyszę i przygląda się gościowi. Inna natomiast, nie biorąca bezpośredniego udziału w całej sytuacji, koncentruje się na pisaniu łatwych pozdrowień lub czegoś podobnego. Jeśli sytuacja wymaga więcej uważności, przechodzę do pisania adresów, jeśli zaś jest naprawdę dużego kalibru, angażuję się w nią wszystkimi dziesięcioma tysiącami woltów i wchłaniam ją całym sobą. Kiedy po południu wychodzimy z pracy, możemy uczynić znowu kilka dobrych życzeń, żeby wszystkim dobrze się powodziło aż do kolejnego spotkania następnego dnia. Możemy sobie krótko wyobrazić Buddę siedzącego nad ich głowami, który po chwili opada do ich serca i zaczyna promieniować światłem we wszystkich kierunkach. I z błogosławieństwem, które dzięki temu powstało, uruchamiamy samochód i jedziemy do domu. Jeśli natomiast wsiadamy do tramwaju, widzimy wszystkie kobiety jako żeńskich buddów, a mężczyzn jako strażników, heruków lub męskich buddów. Utrzymujemy ten poziom i próbujemy wszędzie dostrzegać to, co ciekawe i piękne. Jeśli siedzi obok nas ktoś o naprawdę pełnych mocy rękach, możemy cieszyć się z olbrzymiej mądrości, jaka w nich tkwi. To samo dotyczy pary pięknych, doskonale uformowanych dziewczęcych nóg - cieszymy się z ukrytej w nich mądrości.
Czegokolwiek byśmy nie widzieli lub nie przeżywali, widzimy to jako czyste, życzymy innym wszystkiego, co najlepsze i jesteśmy przez cały czas w pełni świadomi tego, co nas otacza. Kiedy natomiast podchodzi do nas starsza kobieta lub starszy mężczyzna, widzimy dojrzałą mądrość, którą w sobie noszą. Patrzymy na ich twarze i wiemy, jak wiele przeżyli. Jednocześnie życzymy im: "Oby rzeczywiście stali się mądrzy dzięki temu, czego doświadczyli!" Jeśli posłuchamy, o czym mówią ludzie dookoła, okaże się być może, że niektórzy z nich rozmawiają o wojnie. Możemy wówczas pomyśleć, że walczyliśmy wtedy, posiadając sześć procent ludności świata przeciwko pozostałym dziewięćdziesięciu czterem procentom i że wytrzymaliśmy to przez pięć lat. Z jednej strony możemy powiedzieć: "Cóż za eksplozja mocy działania!", z drugiej jednak: "Jakie to głupie, jak bezsensowne, ile cierpienia, jakże straszne!" Mamy więc obie rzeczy.
Jeśli przyjrzymy się niemieckiemu narodowi, dostrzeżemy zdolności organizacyjne oraz pewne podstawowe zaufanie, doświadczymy narodowego charakteru ludzi siedzących dookoła. Co sprawia, że są Niemcami? Co sprawia, że inni są Turkami? Próbujemy sprawdzić, co mają oni ze sobą nawzajem wspólnego, staramy się być świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Nie powinniśmy oceniać innych, jednak możemy w pewien sposób starać się zrozumieć, co rozgrywa się na naszych oczach, jak ludzie funkcjonują, jakich radości i cierpień doświadczają oraz jak wygląda świat ich przeżyć. Potem wracamy do domu, gdzie czeka na nas partner lub partnerka. Wówczas będzie chodziło o to, żeby wszystko było świeże, byśmy rzeczywiście potrafili spotkać się nimi, przeżyć całą pełnię i miłość, których z ich strony doświadczamy. Nie powinniśmy również myśleć sztywno: "Dopiero 0 dziesiątej, kiedy pójdziemy do łóżka." Możemy się sobą nawzajem cieszyć również przed i po jedzeniu, możemy też zadzwonić do paru przyjaciół. Chodzi o to, byśmy nie wchodzili do domu z bagażem sztywnych poglądów i by wszystko nie rozgrywało się według ustalonych szablonów, lecz żebyśmy byli bardzo otwarci w stosunku do naszego partnera i rzeczywiści przeżywali nasze bycie razem jako wielki eksperyment. To, byśmy byli w stanie naprawdę przeżyć piękno, świeżość i moc innych, jest naprawdę bardzo ważne. Nie powinniśmy myśleć, że musimy odgrywać jakieś przedstawienie, w którym wszystko musi się odbyć w określonym czasie. To od tego zależy, czy sytuacja pozostanie całkowicie świeża i otwarta, i czy odbierzemy wszystkie sygnały partnera.
Od czasu do czasu powinniśmy może pójść wcześniej do łóżka. Możemy również nastawić budzik tak, by obudzić się w środku nocy. Będziemy mogli wówczas usiąść i spędzić godzinę lub pół w głębokiej medytacji, czy też znowu cieszyć się sobą nawzajem. Potem możemy wykonać różne medytacje prowadzące do tego, iż wstając rano będziemy w stanie doświadczać rzeczy w świeży i pełny mocy sposób. I tak mieliśmy wspaniały dzień i doskonałą noc. Wszystko było pełne znaczenia, nic nie pozostało tylko przyzwyczajeniem. Nic nie zaistniało tylko dlatego, że nie stało się nic innego, lecz każda chwila miała sens.
W ten sposób jogin może bardzo dobrze żyć swoim życiem, przechodzić od jednego dnia do następnego. Każdy z nich będzie wówczas ciekawy i świeży.

wtorek, 18 października 2016

COS DLA LUDZI O SILNYCH NERWACH

artykuł z 17 października 2012

Nauka twierdzi, że mózg jest nam niezbędny do życia. Czy faktycznie tak jest? Czy bez mózgu człowiek nie mógłby normalnie funkcjonować? Okazuje się, że życie bez mózgu jest całkiem możliwe. Ba, nawet nawet całkiem normalne życie.

Świat naukowy zadrżał w posadach, kiedy w 1980r. John Lorber (brytyjski neurolog), stwierdził, że mózg nie jest nam wcale potrzebny... Lorber zajmował się przypadkami dzieci chorujących na wodogłowie, choroba ta nie pozwalała na normalne wykształcenie się kory mózgowej, a jak wiadoma ta uważana jest za siedlisko świadomości i odpowiedzialna za wiele procesów myślowych. Wodogłowie objawia się powiększoną czaszką, w środku której mało kiedy można odnaleźć normalnie zbudowany mózg.



Neurolog ten miał również przyjemność zbadania pewnego młodzieńca, wybitnie uzdolnionego w dziedzinie matematyki, posiadającego iloraz inteligencji na poziomie 126 i... prawie nie dysponującego tkanką mózgowa! Zawartość jego nadnaturalnych rozmiarów głowy stanowiła woda i jedno milimetrowa warstwa komórek mózgowych.

Doktor Lorber w swojej pracy spotkał się z wieloma przypadkami ludzi właściwie nie posiadających mózgu, którzy mimo to, funkcjonowali całkiem normalnie i w przeważającej części ich iloraz inteligencji utrzymywał się na poziomie przeciętnego. Ich czaszki w 95% wypełniał płyn, i gdyby nie szczegółowe badania, nigdy nie dowiedzieliby się, że nie mają mózgu.

Uszkodzenia mózgu jak wiadomo wiążą się z upośledzeniem, niedowładem kończyn, zaburzeniami mowy itp. ale na świecie opisano mnóstwo przypadków ludzi, którzy mimo znacznego ubytku tkanki mózgowej spowodowanego urazem, żyli normalnie jeszcze przez wiele lat. Okazuje się więc, że pozostałe (zdrowe) części mózgu mają zdolność przejmowania funkcji, które do tej pory pełnione były przez inne obszary. I tak na prawdę do normalnego funkcjonowania wystarczy nam milimetrowa warstwa komórek.

W 1847r. pewnemu dwudziestopięciolatkowi, na skutek eksplozji wywołanej wysadzaniem skał, wbił się w głowę stalowy drąg, który został później usunięty razem ze znaczną częścią mózgu. Lekarze, który byli obecni przy zabiegu nie sądzili, że chłopak go przeżyje, jednak ten zadziwił ich niesamowicie, nie tylko tym, że przeżył, ale wrócił do normalnego życia i mimo 8 centymetrowej dziury w głowie zdradzał tylko oznaki zmienionego zachowania. Reszta funkcji życiowych pozostała niezmieniona.



Podobnej sytuacji doświadczyła w 1879r. kobieta pracująca w fabryce włókienniczej. W jej głowę wbiła się śruba wylatująca z jednej z maszyn. Całości uszkodzeń dopełnili chirurdzy, próbujący ową kobietę ratować. Znaczne ubytki tkanki mózgowej nie przeszkodziły jednak kobiecie w jej kolejnych 42 latach życia. Co zastanawiające, nawet nie bolała ją głowa.


Kolejnym tego typu przypadkiem jest jest historia marynarza, który w 1888r. utracił jedna czwartą objętości mózgu. Tuż po odzyskaniu świadomości był gotów powrócić do dalszej pracy.

Jednym z najszerzej opisywanych przypadków jest historia francuskiego urzędnika. Ze względu na bóle nóg, człowiekowi temu wykonano tomografię komputerową, kiedy lekarze zobaczyli wyniki nikt już nie zajmował się nogami francuza, gdyż jego czaszka kryła coś znacznie bardziej interesującego. Człowiek ten miał 44 lata, żonę i czwórkę dzieci. Jakież musiało być jego zdumienie, kiedy dowiedział się, że jest posiadaczem najmniejszego udokumentowanego mózgu świata. Wedle dzisiejszej nauki, człowiek ten nie powinien żyć, ale ten dosłownie kpił sobie z medycyny i żył jak gdyby nigdy nic.

Tak przedstawia się obraz jego głowy:



Ludzki umysł jest nieskończoną zagadką. Nauka stara się nie przyjmować do wiadomości, że istnieją fenomenalne, przeczące wszelkim założeniom przypadki, ale to nie zmienia faktu, że one istnieją. Skoro mózg jest siedliskiem świadomości, to jak wytłumaczyć fakt istnienia ludzi nie posiadających go prawie w ogóle? Kultura wschodu twierdzi, że ludzka świadomość nie jest zawarta w mózgu, jej siedliskiem jest cała ludzka istota a nawet przestrzeń otaczająca daną istotę. W świetle nowo ujawnianych odkryć teza ta wydaje się być całkiem zasadna.


Jedno jest pewne: człowiek to zdumiewająca istota. Nasza zdolność przetrwania i adaptacji do zmieniających się warunków jest wprost fenomenalna. Jeśli chcemy, możemy żyć bez mózgu. Kpić z zawziętych naukowców i pokazywać, że dla człowieka nie ma rzeczy niemożliwych. To, co wiemy o sobie do tej pory, jest zaledwie kawałkiem góry lodowej, miejmy nadzieję, że z czasem ta góra wyłoni nam się w pełnej okazałości.

czwartek, 30 czerwca 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

"Everything desired and undesired, and spotless action, that contrasts with this, All karmic deeds that ripen to their fruit, in infinite array, With power and wisdom unconfined,a Buddha knows them all, Past, present and to come....."

"The Buddha knows them all...."

sobota, 25 czerwca 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

GARUDA AND ME

Było to podczas pierwszej wizyty 17 Karmapy w Kucharach. Byłam w teamie kuchennym, w jego części obsługującej Karmapę, co do dziś dnia pamiętam jako niesamowite przeżycie. Karmapa miał wtedy 16 lat i był dokładnie parę dni po operacji wyrostka robaczkowego w Szwajcarii. Więc raczej, zapewne z tego, ale też zapewne z innych powodów, wolał więcej czasu spędzać sam. Na przykład na posiłki przychodził na chwilę, zjadał i wracał do swojego pokoju, gdzie donosiłyśmy mu herbatę, kawę itp. 
Kiedy Karmapa dawał inicjacje pewna grupa ludzi poszła do Tseczu Rinpocze, który był wtedy z Karmapą, i zasugerowała, że może lepiej "odpuścić" Karmapie tą wlokącą się godzinami część Inicjacji, gdzie trzeba 3tys. razy podnieść rękę żeby wszystkich "kolejkowiczow"  poblesować.... zważywszy na jego operacje sprzed dosłownie kilku dni. I kiedy ludzie zapytali Rinpocze czy nie należałoby "oszczędzić" Karmapy, żeby nie zmęczyć go tak bardzo, Rinpocze powiedział wtedy zdanie: "pracą Lamy jest być zmęczonym". W ten sposób temat został zamknięty.
Wracając do wątku głównego, już pod sam koniec imprezy Sylwia aka Psixa, ktora dowodziła naszym kuchennym teamem, zrobiła nam cudowną niespodziankę w postaci srebrnych wisiorków z wizerunkami Buddów. Rozdawała je wszystkim dziewczynom jak leci. I ja dostałam wisiorek z Garudą, który niemal na pewno był tylko w 1 sztuce....
Jesienią do Gdańska przyjechał Lama Ole. I w pewnym momencie podszedł do mnie, wziął do reki to co mialam na szyi czyli Garudę i powiedział: "Wyglądasz dokładnie jak on"....

Garuda, posąg z kolekcji British Museum

Kilka lat później zwiedzałam dział sztuki orientalnej w British Museum. I pierwszym posągiem na który się natknęłam był ogromny, przepiękny i bardzo niesamowity posąg Garudy. I stałam tam przed tym posągiem nieruchomo, czułam jakąś całkowitą niezwykłość tej sytuacji. Stałam tak i stałam. I dalej już nie poszłam. Wiedziałam doskonale, dlaczego w BM się znalazłam, mimo, że zawsze bardzo skrupulatnie unikam muzeów, również tych wielkich muzeów świata :) 

A to moja bardzo cenna, prywatna pamiątka z lata 2000 roku, z pierwszej wizyty Karmapy w Kucharach.

czwartek, 23 czerwca 2016

SZAMARPA - JUŻ MINĘŁY DWA LATA

Niepostrzeżenie minęły już dwa lata odkąd nie ma Go z nami......Wydawało mi się że to minął dopiero rok....Ale czujność Ewy sprowadziła mnie na ziemię....Dzięki ogromne Ewunia <3
Nie wiem czy wiecie, ale mieli bardzo szczególny i silny związek z Hannah. Lama Ole powiedział kiedyś, że byli parą w którymś życiu.... To Szamarpa zaczął nazywać Hannah Lady Hannah Nydahl, co mi się bardzo podoba i sama używam często tego "Lady" szczególnie gdy jest to jakaś oficjalna wypowiedź.
Był rok 1997, czerwiec. Postanowiliśmy pojechać rock'and'rolową ekipą na inicjacje Amitaby z Szamarpą do Budpesztu. Wtedy w Budapeszcie było chyba z 5 ośrodków, absolutnie nie z powodu jakiś podziałów bo takowych nie było, ale żeby wszyscy mieli blisko na medytacje. Jeden ośrodek był jednak główny i tam trafiliśmy.
Ponieważ byliśmy jedyną ekipą z Polski dostaliśmy limitowane zaproszenie na uroczyste śniadanie z Szamarpą następnego dnia, w wynajętej, bardzo pięknej restauracji. Jeśli ktoś był w Budapeszcie to wie: jedna strona miasta płaska, a druga dość górzysta. I ta restauracja była właśnie usytuowana na stoku góry, na skarpie, miała formę tarasu, schodzącego potem dalej do rzeki przedzielającej Budapeszt. I to dawało przepiękny widok na szeroką panoramę drugiego brzegu, z jego licznymi zabytkowymi wielkimi domami, wspaniałą architekturą, no po prostu widok - bajka.
Stoliki były na świeżym powietrzu, w takim pięknym ogrodzie.niesamowite i bardzo piękne miejsce wybrali na tą uroczystość nasi węgierscy przyjaciele.
I przyszliśmy na to śniadanie. Szamarpa miał stolik z Hannah i widać było, że świetnie się ze sobą czują i raczej nie tęsknią za kontaktem z nadchodzącymi zaproszonymi Sangowiczami...... Szamarpa był dobrze znany z tego, że nie lubił tłumów, zawsze ich unikał i tu również było wyraźnie widać, jak odwrócony plecami do nas wszystkich po prostu cieszy się tym przepięknym widokiem, jednocześnie rozmawiając, śmiejąc się i żartując, świetnie bawiąc się po prostu w towarzystwie Hannah i tego cudownego widoku. A mimo to przestrzeń dookoła była całkowicie kompletna.... Dodam, że był czerwiec, wszystko skąpane w słońcu, widok przepiękny. A wielu z Was zapewne wie, że Szamarpa miał wielką artystyczną wrażliwość i naprawdę bardzo takie piękne widoki go cieszyły. 
Czasem ktoś podchodził do stolika się przywitać, ale wyraźnie czuć było, że to nie jest konieczne, że pole mocy Szmara Rinpocze obejmuje każdy atom tarasu na którym siedziała Sanga. 
Rinpocze bardzo wyraźnie czuł się najlepiej w towarzystwie tego niesamowitego widoku i Lady Hannah.
Ale mimo, że nieskory do jakiegoś kontaktu z nami, wszyscy czuliśmy się jak w Czystej Krainie po prostu mając szczęście być w tym niezwykle silnym i po brzegi wypełnionym blesingiem polu mocy..... Więc dokładnie robiliśmy to samo... milczeliśmy sobie, napawając się widokiem przecudnym, od czasu do czasu zerkając w stronę Lady Hannah i Szamarpy. I był w tym wszystkim trudny do opisania bless, magia niezapomnianej chwili,  jednocześnie taka całkowicie inna energia niż ta, którą emanuje Lama Ole....
Szamar Rinpocze, Wielki Lama, bliska rodzina 16 Karmapy, brat wspaniałego Lamy Dżigmeli Rinpocze. Niezapomniany poranek życia....


Dream Team

środa, 22 czerwca 2016

MY STAR WARS SITUATION EPISODE 2



“Yes, a Jedi’s strength flows from the Force. But beware of the dark side. Anger, fear, aggression; the dark side of the Force are they. Easily they flow, quick to join you in a fight. If once you start down the dark path, forever will it dominate your destiny, consume you it will, as it did Obi-Wan’s apprentice.”

I wonder how I am gonna survive all this.....
And I quess I found the answer...


So I have to do it and do not pay any attentions for personal costs..... So Friends, lots of good wishes please. Because the dark side is strong, have no even a slight sign of compassion, of love even of mercy... Nobody who ever get close to it have no idea what destructive this power can be.....
You may believe me or not... But I have to stop this and this is not exactly my idea... some of you can easily imagine whose....:)
So I will meet with this power face to face in the Court soon.....
Wish nobody to ever have such situation....
But I know the big big big power of Love is the best solution!

piątek, 17 czerwca 2016

MY STAR WARS SITUATION

Kiedyś myślalam, że to bajki....



Potem Star Wars stały się dla mnie również jednym z najważniejszych filmów mojego życia.... A dodatkowo teraz życie bardzo dotkliwie pokazało mi że to nie fikcja......
And what kind of energy this is it is even hard to imagine .... I kiedy na swojej drodze spotykasz prawdziwą Dark Side every day more and more you start to understand there really is an energy like that in this world. And when you have no choice and you are the one who is supposed to stand face to face with evil to stop it and to protect others from them. So please wish me now that "force be with me" I need that more then ever..... Of course I also feel so much the protection of the Buddhas in this very very difficult and unpleasant time. But in certain moment somone must say " NO MORE" and stop this evil no matter how one feels with this situation and not matter how big is the price you have to pay...
And in the very not easy moment of my life Lama told me:
"you must protect our centers"
So this is "Lama Said" situation.... But at the same time I have this warm feeling that when you do what Lama tells you the whole situation no matter how unpleasant it is, Lama is all the time very close and you always can ask him for help if you start to feel that you getting to weak to destroy this "dark side"......
And our Good Motivation and devotion to Lama is a key to success......
Always Yours,
Klaudyna

środa, 15 czerwca 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

Something very important happened during the last 24 hours of my life.....


So my precious Son of Chenreizg I promise You
there will come a time
which will be Our time
and You get the whole love of Universe from me
and I make You so happy that you can not even imagine
it will be Our time
and we change the World together....
You know that :)))))

poniedziałek, 13 czerwca 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

Takie tam nieważne marzenia.....
Karmapa i Klaudik Gdańsk 13.07.2009
So very special day for me..... One of the most happy in my entire life....

Czy to co poniżej jest napisane na tej karteczce ? :) :) :) Kto zgadnie??? Nikt nie zgadnie :) To cudowna Tajemnica :) hahaha :)

Łódź twoja niech przypłynie
Za sobą mosty spal
Zawsze, gdy jesteś przy mnie
Coś się ważnego musi stać

Spuść na mnie psy z uwięzi
Rozpuść włosy, gdy dmie wiatr
Ty tajemnicą zawsze będziesz
Choć pełen ciebie jest mój świat

Rozmowy toczą się co noc
Jak nam wypada żyć
Lecz, kiedy cię przytulę, to
Pamiętać już, nie chcemy nic

Łódź twoja niech przypłynie
Za sobą mosty spal
Zawsze, gdy jesteś przy mnie
Cóż się ważnego musi stać

W twych oczach widzę smutku łzę
Bo wiesz że czas, by przestać śnić
Za chwilę spalę skrzydła twe
Gdy właśnie ty, ty w niebo chcesz się wzbić

Łódź twoja niech przypłynie
Za sobą mosty spal
Zawsze, gdy jesteś przy mnie
Coś się ważnego musi stać

Spuść na mnie psy z uwięzi
Rozpuść włosy, gdy dmie wiatr
Ty tajemnicą zawsze będziesz
Choć pełen ciebie jest mój świat

Łódź twoja niech przypłynie
Za sobą mosty spal
Zawsze gdy jesteś przy mnie
Coś się ważnego musi stać 

sobota, 11 czerwca 2016

FOR THE SON OF CZENREZIG

Związki…. zaskakujące ślady naszych wcześniejszych działań słów i myśli z niezliczonej ilości żywotów…..
Potrafią w ułamku sekundy zmienić życie człowieka, uczynić je czystą krainą albo światami piekieł… Nasze najsilniejsze emocje…..
Lama Ole powiedział kiedyś, że jeśli pierwszy raz spotyka w tym życiu człowieka z którym ma silne związki, to wchodzi do sali i mimo, że tej osoby jeszcze nie widzi już wie, że ktoś taki tam jest…. Związki nie są kwestią wyboru, są efektem naszych wyborów popełnionych w dalekich odchłaniach i na innych galaktykach, sto kalp temu a może tylko 50 lat temu w sąsiednim mieście???
To wielki blesing jeśli ludzie mogą się spotkać bez przeszkód, we właściwym miejscu i we właściwym czasie. I wielki ból kiedy tak nie jest….myślimy wtedy: co zrobiliśmy nie tak? Jak to możliwe, że w tym życiu nie możemy się spotkać?
Jeśli związek jest wystarczająco silny, nic wtedy nie jest kwestią informacji i nie ma na to silnych, co pokazują najlepiej przykłady z życia naszych Nauczycieli….
I jeśli warunki w tym życiu się nie schodzą jedyne co możemy zrobić to wysyłać życzenia, żeby warunki jak najszybciej się zeszły…. Oby już w kolejnym życiu…. Dlatego bądźmy dla siebie dobrzy, wtedy spotkamy się bez przeszkód. Jest taka niesamowita książka….  „Mipam Lama Pięciu Mądrości”. Nie znam twardziela, który pod koniec nie będzie płakał. Polecam. To jest historia o Synu Czenreziga….
Kim dla siebie byliśmy, rodzeństwem, matką i dzieckiem, kochankami??? Ile dobrego musiał ten ktoś dla nas zrobić w przeszłości, że tak bardzo kochamy….
Taka historia mi się przypomniała..… Taki kiedyś związek z pewnym kolegą mi się przydarzył. Takie właśnie spotkanie o niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu….. w który to związek ja weszłam dla żartu i z ogólnych nudów pewnej styczniowej soboty, gdy zdychałam z braku wrażeń, mimo, że byłam na gigantycznej balandze, bo wszyscy już pijani, a ja trzeźwa jak zwykle. Zdychałam z nudów. Ludzie tacy jak ja naprawdę potrzebują dużo adrenaliny i mocnych sytuacji, żeby się nie nudzić, musi być bardzo silna inspiracja, żeby mi podnieść poziom energii, inaczej to zaraz chce mi się spać :)))). Zaczęło się od niewinnego smsa i po 24 godzinach się zorientowałam, że oto niepostrzeżenie od 24 godzin wiszę na telefonie. Smsy stawały się coraz to bardziej i bardziej poważne, już nie był to żart…. I ten najważniejszy, który dostałam, no zgadnijcie o której? :))) o 1.08….:)))
Jakiś czas potem miałam sen że coś wspaniałego razem robimy. Obudziłam się o 5.30 i napisałam smsa…. Że miałam sen taki niesamowity i że przy okazji opowiem…. Kolega jeszcze nie spał :) hahahaha:) I po chwili zaświecił się telefon: „Mów”, a ja w szoku odpisałam, że właściwie to nie ma o czym mówić, że to takie nieważne….. Padła odpowiedź: „Nie pisze się do człowieka o piątej nad ranem o czymś co jest nieważne….” To prawda…


Kilka lat potem jechałam na kurs, gdzie świętowaliśmy jego urodziny. I chciałam mu kupić coś naprawdę szczególnego, chociaż tyle, co mu mogłam podarować…. Ale zero pomysłu. Jadę do wielkiego centrum handlowego, myślę sobie: pooglądam rzeczy i może coś mi przyjdzie do głowy. Parkuję samochód na parkingu wielkości boiska piłkarskiego i idę do wejścia, przeciskając się między niezliczonymi autami…. I nagle, już prawie dochodząc do drzwi widzę niedużą kartkę papieru, po którą, nie wiadomo czemu, bo przecież normalnie tego nie robię, schylam się i biorę do ręki. Odwracam i patrzę na obrazek, a tam Korlo Demczog w zjednoczeniu z Czerwoną Dakinią. I już wiedziałam, że do sklepu muszę wejść wyłącznie po ramkę….
A poniżej przykłady tych wspaniałych związków które wydarzyły się we właściwym czasie i we właściwym miejscu....

Lady Hannah Nydahl i Lama Ole Nydahl

Cudowna Ale i Lama Ole

Moja Rodzina najukochańsza




czwartek, 9 czerwca 2016

MECZ CZYLI KURSY INTEGRACYJNE W KUCHARACH

Kto jeszcze pamięta ten mecz ???? 


Mecz w Kucharach
W 40 letniej historii buddyzmu w Polsce różne rzeczy się działy i różne pomysły powstawały, upadały, żeby mogły pojawić się następne, często równie udane:)))) Jednym z takich pomysłów, których już pewnie nikt nie pamięta, było robienie w Kucharach kursów integracyjnych żeby się ośrodki lepiej poznawały:)
Pierwszy kurs: Warszawa i Gdańsk. Program - sobota: przyjazd, wspólna praca, wieczorem rozrywka, niedziela: rano mecz, potem obiad i po obiedzie wyjazd. 
Nie wiem kto wymyślił ten mecz.... Jedni bardzo chcą go pamiętać, a inni, założę  się o wszystko, woleliby wymazać go z historii ludzkości....hahahahahaha :) Ostateczny wynik:
11:0 dla Gdańska
Miałam ten mecz w głębokim poważaniu i nawet się na niego nie zwlokłam. Ale przyszedł taki moment, że się bardzo zainteresowałam, jak ktoś wpadł do dworku i krzyknął: "Jest 8:0 dla Gdańska!!!!!"
Więc wtedy dopiero zaczęły się moje meczowe emocje...:)
Ostateczny wynik 11:0 dla Gdańska.....
No i co..... głupio było, żeby nie robić przykrości przyjaciołom, z którymi mieliśmy się właśnie elegancko zintegrować, pokazać jak cieszymy się z tej wygranej.... :) hahaha :)  Wszyscy udawali więc dyplomatycznie że nic się nie stało....
Po obiadku w samochody i do domu. I dopiero jak dojechaliśmy do Ośrodka w Gdańsku wszyscy ryczeliśmy z radości, dojeżdżały następne samochody i wszyscy szaleliśmy pół nocy :))))
Niezapomniany wieczór, myślę, że nie tylko dla Gdańskiego Ośrodka:)
W każdym razie żadne kolejne kursy integracyjne już się w Kucharach nie odbyły...:)

niedziela, 5 czerwca 2016

10 CZERWCA URODZINY LAMY TSECZU RINPOCZE

Lobpyn Tseczu Rinpocze i Maggie Lehnert

Piszę w wyprzedzeniem, bo mam mało czasu, a chciałabym się z Wami podzielić swoimi "wspominkami", związanymi z tym Wielkim Nauczycielem.
Był czerwiec rok 1993 i Inicjacja Kalaczakry w Kucharach - pierwsza taka Inicjacja poza Azją, w dziejach buddyzmu. Mimo, że wtedy już kilka lat miałam Schronienie, to nie spotkałam wcześniej lamy Tseczu. Jadąc na Inicjacje nie miałam też żadnych wyobrażeń ani oczekiwań odnośnie tego wydarzenia. Wtedy byłam częścia nielicznej Sangi w Elblągu i razem pojechaliśmy na to wydarzenie. Oczywiście "stopem", bo tak się wówczas podróżowało, zaledwie kilka osób w całej polskiej sandze miało samochody. Do tej pory jak przyjeżdżam do Kuchar zaskakuje mnie widok niekończących się parkingów z niekończącą się ilością samochodów, bo cały czas pamiętam, jak w czasie kursów były 2-3 auta, najczęściej małe fiaty :)
Więc gdy już piechotą dotarliśmy do Ośrodka nagle lunął naprawdę straszliwy deszcz, zrobiło się ciemno w środku dnia i nadeszła prawdziwa nawałnica, więc schowaliśmy się w głównym namiocie, który był wtedy jeszcze w fazie budowania. Pamiętam, że dostałam mocno w łeb taką ogromną, długą rurą, która wspierała jedną z części namiotu, a ja nieopatrznie podeszłam budowniczym pod nogi. Pomyślałam sobie wtedy: no fajny początek :)
Inicjacja trwała 3 dni, z czego tylko ostatni dzień wymagał długiego udziału nas wszystkich, poza tym snuliśmy się po terenie.
Wtedy w Elblągu była bardzo "artystyczna" Sanga, ok. 10 chłopaków z dredami, bębnami, gitarami. Mieli oni taki plan, żeby po Inicjacji jechać wspólnie do Holandii i tam grać na ulicach przez wakacje i w ten sposób zarobić pieniądze. Poprosili mnie, żebym z Lady Hannah Nydahl, która przyjechała z Rinpocze, "załatwiła" im wszystkim audiencje u Lamy, żeby mogli dostać blessing na powodzenie swoich planów. Jako, że sytuacja zbiegła się niemal dokładnie z datą oficjalnego utworzenia ośrodka w Elblągu, poszłam do Hannah i powiedziałam, że jesteśmy grupą z nowego Ośrodka, że bardzo byśmy chcieli dostać prywatny blessing od Lamy Tseczu, na co Hannah wyraziła zgodę.
Zatem ustaliłyśmy dzień i godzinę tej naszej "wizyty", tak aby nie kolidowała z planami Rinpocze. Umówionego dnia stawiliśmy się więc wszyscy, było to ok 10 kolegów, jedna koleżanka ze swoja małą wówczas córeczką, przed "Rinpoczówką" w Kucharach, która została właśnie wtedy wybudowana na potrzeby kursu, specjalnie dla Rinpocze.

Rinpoczówka.
Weszliśmy za Hannah do małego pokoju, gdzie na sofie siedział Rinpocze i w tej skondensowanej energii Wielkiego Lamy na małej powierzchni po prostu błogosławieństwo urywało łeb. Powiedziałam wówczas kim jesteśmy i o co prosimy, czyli to czego chłopcy chcieli, żebym powiedziała, a więc błogosławieństwa na pieniądze i działalność artystyczną:)))) Hannah nawet lekko się zdziwiła i zapytała: " a to wy jesteście jakąś grupą teatralną?" :))) Ja dodatkowo od siebie powiedziałam, że jesteśmy z ośrodka, który oficjalnie powstał dwa tygodnie wcześniej i że w związku z tym ja osobiście proszę Rinpocze o błogosławieństwo dla naszej dalszej aktywności. W każdym razie przekazała o co prosimy i wszyscy po kolei podchodzili do Rinpocze. 

Rinpocze i Lady Hannah Nydahl

Rinpocze długo każdego blesował, trzymając swoją jedną rękę na głowie, a drugą trzymając za rękę osoby która podeszła. Nie wiem ile to trwało, poczucie czasu w takich sytuacjach po prostu znika, nie można określić długości wydarzenia, bo wszystko jest bardzo mocne i trochę jak sen. I ja miałam coraz większe poczucie, że dzieje się coś niezwykłego w moim życiu. Pod koniec podeszła również do Rinpocze dziewczynka, która z nami była, lekko wtedy przerażona sytuacją, i dostała od Rinpocze wielką tabliczkę czekolady.

Rinpocze i Maggie przed Rinpoczowką ( i ja :))))

Na końcu przyszedł czas na mnie i , mimo, że nie dzielimy się takimi doświadczeniami, to muszę szczerze powiedzieć, że była to jedna z absolutnie wyjątkowych chwil w moim życiu, pierwsza kiedy tak bardzo poczułam co to oznacza, jak oświecony Nauczyciel koncentruje się tylko na tobie. Po prostu czas staje w miejscu, nie ma myśli, jest tylko błogie i wspaniałe poczucie ważności i absolutnej wyjątkowości tej sytuacji. Gdy, dziękując, wyszliśmy na zewnątrz, świeciło mocno piękne popołudniowe słońce i po prostu czułam, jakbym nagle nie była z materii i jakbym nie szła, ale unosiła się nad ziemią. Nie mogłam wydobyć z siebie słowa, szłam w kierunku dworku i tylko w myślach powtarzałam: "aha to tak wygląda nieuwarunkowane szczęście i błogość, której nikt i nic, żadna myśl ani wydarzenie, nie może zniszczyć. To uczucie lekkości ciała, bezcielesności właściwie, oraz to poczucie, że nie chodzę ale unoszę się nad ziemią towarzyszyło mi wiele kolejnych dni, zaczęło znikać dopiero po powrocie z kursu już w Elblągu.
Oczywiście towarzystwo "happy barbarians" rozdrapało dziecku czekoladę do ostatniego kawałka:)))) ja też wzięłam kawałek i czułam, że to właśnie co jem, jest jak nektar wyzwolenia i pokarm, który daje wszystko co najwspanialsze. Tak oto Rinpocze przedłużył swój blessing na kolejne godziny...
Gdy po kilku dniach skończyła się inicjacja i staliśmy w kolejce ze 2, 3 tysięcy osób do błogosławieństwa poczułam w głębi serca wielką wdzięczność i potrzebę, że chciałabym koniecznie coś dać Rinpocze. Zapytałam bardziej doświadczonego kolegi, co można dać Lamie, szczególnie w warunkach kiedy nie ma sklepów, jest się w szczerym polu i prezent potrzebny jest na już :)
Ów kolega powiedział: "no na przykład możesz dać kwiatki..." Więc niewiele myśląc pobiegłam na pobliską łąkę i nazrywałam białych małych polnych stokrotek, z których zrobiłam mikroskopijnej wielkości bukiecik. I gdy nadeszła moja kolej stanęłam przed Rinpocze i po blessingu bez słowa, cała zatkana i wzruszona, dałam ten skromniutki, maleńki bukiecik Lamie. I pamiętam tylko, że Lama podniósł głowę i spojrzał mi w twarz. Jego oczu i  tego niesamowitego spojrzenia, życzę każdemu praktykującemu i nie zapomnę do końca życia.... Była w tym taka moc, miłość, współczucie, całe dobro wszechświata.... Rinpocze kwiatki przyjął jak cenny prezent i ja miałam takie poczucie, że ten prezent spodobał się Rinpocze:)))

Lobpyn Tseczu Rinpocze

Więc dalej, przepełniona nieznanym mi wcześniej niesamowitym szczęściem i błogością, snułam się po Kucharach ciągle czując że unoszę się nad ziemią :)
Podczas tego kursu przydarzyła mi się jeszcze jedna niesamowita sytuacja. Otóż w noc przed ostatnią, 3, główną częścią Inicjacji, postanowiłam, nie wiedzieć czemu, spać w głównym namiocie. Wzięłam spiworek i tam się udałam na nocleg. I ok. 2 lub 3 w nocy, w kompletnej ciszy, zobaczyłam jak do namiotu wchodzi Rinpocze ze swoim pomocnikiem, podchodzi do ołtarza, siada przed nim i medytuje. I to było niesłychane, jak prezent wszystkich Buddów, móc uczestniczyć w takiej pełnej wielkiej mocy, sytuacji. Cisza, noc, wielki, prawie pusty namiot i medytujący przed ołtarzem Rinpocze....

Lama Tseczu Rinpocze, Lama Ole i Lady Hannah Nydahl

Później dowiedziałam się, że to jest częścią Inicjacji Kalaczakry, że ostatniego, najważniejszego dnia, kiedy uczniowie wchodzą do namiotu o 10 rano, Lama medytuje już wtedy wiele godzin, a my przychodzimy potem już w tak przygotowane pole mocy....
I potem, kiedy Rinpocze odjeżdżał spod Rinpoczówki, otoczony tłumem żegnających go uczniów, wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni i z łezką w oku.... Ale pamiętam że wtedy razem z Rinpocze do samochodu podeszła Maggie, która nie jechała dalej z Lamą, i wtedy zobaczyłam Jej twarz, kompletnie i całkowicie zalaną łzami. I wtedy zrozumiałam jak to jest kiedy żegnamy się z naszym rdzennym Lamą, a nasz związek z Nim jest wyjątkowo mocny......

Wspaniała Maggie Lehnert

Jej twarz poruszyła mnie bardzo, było w tym płaczu tyle szczerości, tęsknoty, bólu rozstania. I to wszystko bardzo prawdziwe, bez żadnego udawania, takie bardzo prywatne wydarzenie mające miejsce w otoczeniu tłumu ludzi....
Wtedy dostałam od Maggie wielki prezent w postaci doświadczenia i zauczestniczenia w stuacji, kiedy najbliższy uczeń musi rozstać się ze swoim Mistrzem i patrząc na Maggie, co bardzo poruszyło moje serce, pomyślałam i doświadczyłam dzięki Niej wówczas: "Oto właściwy, prawdziwy, wyjątkowy i modelowy przykład związku między uczniem a Nauczycielem w naszej cenniejszej niż najcenniejszy skarb Diamentowej Drodze."

Rinpocze i Lama Ole

Rinpocze i Lama Ole
Rinpocze i Lama Ole pożegnanie....